od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009
Blog > Komentarze do wpisu

Marynarka Daniela Passenta

- O, jaki mały klient! - powiedział w księgarni ubrany na szaro starszy pan pochylając się nad Dzidkiem i głaszcząc go po głowie.

- Może krzesło chcecie? Taki taboret na przykład? - powiedział właściciel księgarni, w której było tyle ludzi, że nie było gdzie przycupnąć, ale gotów był oddać własny stołek przy kasie swój.

A trzeci pan, młody, w okularach, nic nie mówił, tylko mrugał do Juniora, a Junior do niego, bo pan był przy kompie, a teraz młodzież to bardzo zaawansowana technologicznie i wszystko musi widzieć, na palce się wdrapać i na desktop zajrzeć.

A potem była pani, która siedziała na kanapie przy innych paniach i opowiadały o książce. Pani, która ją napisała, o niej mówiła, a pani, która nie, to ją czytała. A potem głos zabrał pan od tej pani, co napisała i powiedział, że większości nie przeczytał, ale za to zrobił zdjęcia jako ilustracje i jak już zobaczył w druku, to mu wyszło, że się pani pisanie i jego zdjęcia świetnie zgrały, że mają takie same wspomnienia i podejście do tematu.

A tematem było ich wspólne dziecko. To znaczy nie tyle dziecko osobowe, wymienione z imienia, to konkretne, ale dziecko jako przełom, jako zmiana, jako wyrwa. I jak to jest mieć dziecko i usiłować ocalić siebie. I tłumaczyć dziecku świat i przez to tłumaczyć go też sobie. I że dziecko wszystko zmienia, a człowiek przecież nie chce zmieniać swego życia, jeśli je lubi. Ale choć spotkanie poświęcone książce "Dziecko? O matko!", to najczęściej padały słowa nie - matka, dziecko, macierzyństwo - tylko: ironia, dystans, współczesność, miasto, tobołek, kawaler, osobny.

I nikt nie zgrzytał zębami, nikt nie przewracał oczami, nikt nie syczał. Dużo bardzo jest już ludzi z okowów frustracyjnego macierzyństwa i klątwy przywiązania do pieluch uwolnionych. Coraz więcej matek nie tyle matkuje, co współtowarzyszy swoim dzieciom. Coraz więcej kobiet widzi, że narodziny są nie tylko stratą i redukcją, ale mogą być wejściem na nowy poziom. Lepszy? Gorszy? Nowy.

Ja słuchałam, a Dzidek nudził się już trochę, bo przez pół godziny słuchał o rewolucji zostania matką, ale potem już mu obmierzło i zapatrzył się na maszynę do mieszania czekolady, na jej wielkie mieszadło, które chlapało słodkim błotem po ściankach, więc kwiczał radośnie na ten widok i parskał też, a wszyscy byli bardzo kulturalni i nikt się nie obruszył, choć Bóg wie, co sobie o Dzidka manierach pomyśleli.

Przemknęło mi przez ułamek sekundy przez głowę, że targanie Dzida na spotkanie autorskie w czwartek wieczór to może nie najlepszy pomysł. W końcu to przecież pora Beaujolais Nouveau, trzeba było go wziąć na degustację wina młodego jak on sam.

Ale zamiast tego siedzimy, Dzidek chce się bawić przyniesionym z domu psem, zachęca do tego czytelników przy stoliku, panie na kanapie i pana z wielkim fotoaparatem. Chce się dostać na kanapę, ewidentnie na kolana autorki i do mikrofonu. Chce się wdrapać na stolik obok, na którym ktoś nieopatrznie zostawił filiżankę kawy. Chciałby, żeby ten pan w szarej marynarce, który siedzi przed nami, przesunął się odrobinę, żeby Dzidek mógł podejść bliżej do Pani z frapującym naszyjnikiem, który bardzo syna kusi. Pan się nie denerwuje na Dzidka szturchanie, głaszcze go znów po głowie, po policzku smyra, min nie robi, nie wyrzeka, że te dzisiejsze dzieci, że matka w domu powinna siedzieć, a nie dzieci po knajpach włóczyć.

W końcu wieczór poświęcony matkom dzieciom, nie?

Ciekawe, co z niego zapamiętamy? Ja słowo "ironia" jako mantrę współczesnego wychowawstwa i potwierdzenie mody na wzięcie matkopolskiego macierzyństwa w cudzysłów. A Dzidek? Słodkiego rogalika, którym został skorumpowany, żeby nie śmiać się za głośno i pana w szarej marynarce, któremu patrzył w czarne oczy, gdy prosił, by go dopuścić do mikrofonu.

Miejsce akcji - Księgarnia Czuły Barbarzyńca

Wystąpili:

Pani, co napisała książkę - Agata Passent

Pan, co robił zdjęcia - Wojtek Wieteska

Pani, co czytała książkę - Magda Smalara

Właściciel, co chciał oddać swój stołek - Tomasz Brzozowski

Pan w marynarce - Daniel Passent

piątek, 18 listopada 2011, czula_b

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: , *.n134.queensu.ca
2011/11/18 17:49:50
Nie mam konta na bloxie, wiec sie zapewne pokaze anonimowo, ale Autorke powiadomie, kto zacz:) A komentuje, bo wpis mi przypomnial, jak sie pare lat temu znalazlam w przedziale pociagu z Danielem Passentem i jego zona. Pociag byl relacji Warszawa-Berlin, ja sie usadowilam w rogu i, lypnawszy na wspolpasazerow, uswiadomilam sobie, ze skades tego milego starszego pana kojarze. Nastepne pietnascie minut spedzilam na kombinowaniu, jakby tu zagadac. W koncu zagadywac nie musialam, bo panstwo Passentowie zagadali do mnie, pytajac o czytana wlasnie ksiazke (a nawet juz nie pamietam, co to bylo). Podroz uplynela mi na wymienianiu sie ksiazkami i dyskusjach podrozniczych. Przemili, ciepli ludzie:)
" />
Projekt Junior

Promote Your Page Too