|
Blog > Komentarze do wpisu
Akcja komunikacja, czyli Junior werbalizujący a kwestia obuwniczaDziecina locuta, causa finita! Koniec z domysłami, teraz wchodzimy na drogę prostej komunikacji, bez zniekształcających szumów, zgadywanek i aluzji. Dzidek definitywnie wszedł w fazę komunikacji werbalnej. Ale czy myśmy do niej dorośli? Słowo to słowo, można na nim polegać. Junior przemawia do nas lapidarnie, nie traci czasu na mielenie ozorem, a jego słowa nie pozostawiają miejsca na zbędne dywagacje i domysły. Tak, nie, nie ma, nie, nie, nie, nie! Wyhodowaliśmy nie tyle żmiję, co egzystencjalnego nihilistę na własnym łonie. Wychodziliśmy późnym popołudniem z Dzidkiem z Lenivca, gdzie KAŻDE z nas wypiło kawę i zjadło wielkie ciastko. Pożywieni wychodzimy w ciemność, biorąc go każde za jedną kończynę górną, podnosząc go na raz. Leci Dzidek ponad kałużami, ponad pękniętymi płytkami, przelatuje z rozpostartymi łapkami, ląduje bezpiecznie, śmieje się, też się do niego śmiejemy, emanacja rodziny, znów katapultujemy go pod niebo, znów ląduje. Ale teraz nagle ryczy. - Nieeeeeeeeeeeeeeeeee! - No co synu, nie rycz już, wrócimy tu za parę dni, nie ma co beczeć! - Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! Nie nie nie! Nieeeeeeeeeee! - Kochanie, ogarnij się no, w porząsiu wszystko, idziemy, no raz, raz! - Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ożywiona tą gawędką droga mija dosyć prędko. Ale nie wiedzieć czego Junior robi nam avanti na całe miasto, protestuje i wije się jak Piskorski. Docieramy w spazmach do samochodu, ładujemy Dzidka do auta. Okazuje się, że nie ma jednego buta. Zgubił go, posiał, utracił. Jak ten przysłowiowy szewc. M. upina wrzeszczącego po stracie Dzidka w foteliku, ja wracam pod knajpę w poszukiwaniu rozmiaru 22, jak ten książę od Kopciuszka. Zauważam, dobiegam, ruch na skrzyżowaniu zatrzymuję, żeby mi tylko nie rozjechali, bo straci fason i będzie płaskostopowy, podnoszę, dziecko obuwam, uśmiech dziecka szczęściem narodu, bo oto Junior uspokojony już, zadowolony, uszczęśliwiony, śmieje się rżąco. Wsiadamy do auta w ciszy, dociera do nas, żeśmy wlekli dziecko przez gąszcz śródmiejskich skrzyżowań, po ciemku, po zimnemu, w jednym bucie tylko, że druga stopa dotykała zmrożonego bruku i zamarzniętych kałuż. I wołał nas nasz syn, protestował, mowy naszej polskiej używał, starał się nas alarmować w naszym, dorosłym języku, wysilił się komunikacyjnie, porzucił body language i dziecięce monosylaby, po polsku do nas przemawiał, nie bez wysiłku, a myśmy go zignorowali i zafundowali dreptanie bosą stopą po mrozie. No, ale w końcu braliśmy go też za ręce i ziuuuu, do góry, przefruwywał więc połowę drogi, albo i więcej. Czyli jednak zoptymalizowaliśmy naszą strategię kontaktu ze szkodliwymi warunkami pogodowymi, bo tylko połowę drogi kroczył na boso, a resztę przelatywał. Czyli oszczędziliśmy mu dyskomfortu. Czyli jesteśmy wspaniałymi rodzicami. Czyli zasługujemy na kolejne ciastko. I w ogóle to wcale nie było tak zimno. Kiedy kilka dni później, nie bez sapania, założyłam Dzidkowi obydwa zimowe buty i znowu protestował, przyjrzałam mu się uważnie i pochyliłam nad jego problemem. Nie dostrzegłam jednak takiego i wyszliśmy na spacer w korowodzie wrzasków. Po spacerze okazało się, że buty były jak u Kayah - prawy do lewego. Wykumał to Junior, alarmował, a matka znowu nic. Wnioski są trzy.
piątek, 10 lutego 2012, czula_b
TrackBack
Komentarze
Gość: basia, host-46-186-80-173.dynamic.mm.pl
2012/02/16 15:04:55
he, he, mój młody też na wszystko nie i nie i nie. a później to już czlowiek nie słyszy tego nie i właśnie takie sytuacje się zdarzają :)
2012/02/24 23:04:57
fiona! ale news! ja tu trochę zapóźniona blogowo jestem, teraz wejszłam na Twój post cichodniowy i co ja paczę! :) ja Ci gratuluję po prostu i kciuki trzmam! :DDDDD
|
Ostatnie wpisy
"
/>Projekt Junior ![]() Promote Your Page Too |
PS. Tylko raz mi się zdarzyło. Raz jedniusieńki. Za drugim zauważyłam zaraz po założeniu, więc się nie liczy.
PS2. Pozdrawiam milcząco.