od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009
RSS
środa, 21 marca 2012

Kochaniiiiiiiiiiiiiiiiiii!

Woła do Was głos Juniora głosem Elmo.

Statystyka nie kłamie, a statystyki pokazują, że projektjunior.blox.pl dziennie nadal notuje seeeetki odwiedzin. Bardzo dziękujemy, bardzo zapraszamy.

Ale teraz mieszkamy indziej gdzie - na projektjunior.wordpress.com.

Tam przedryfujcie - jeśli nas linkujecie w swoich blogach, apdejtujcie (i dajcie znać, żeby i Was zapdejtować).
Tam nas nawiedzajcie, tam komentujcie, tam z nami przebądźcie!

niedziela, 26 lutego 2012

Książkę? Ale o czym? Za mały jest, teksty dłuższe niż sms go nudzą.
Ciuchy? Który facet ucieszy się z kolejnej bluzy albo trójpaka śpiochów do spania?
Kontrolną wizytę u doktora? Poszliśmy, kazała przyjść ... nigdy więcej, co było najlepszym prezentem na okoliczność i w tych okolicznościach.

Dlatego Junior na urodziny dostał nowego bloga.

Przenosimy się łagodnie i stopniowo na

projektjunior.wordpress.com

Nowy
rok żywota jego = nowy layout.

Junior jest dwa zero, to i blog robi się nowy, dwuzerowy, unowocześniony.

Bo czas leci niemiłosiernie.
Ale reszta pozostaje bez zmian.

Obrazek



czwartek, 23 lutego 2012

Junior jest Senior. Stary chłop, dziadyga wręcz.

Premier woła swoich ministrów na dywanik, chce dowiedzieć się pewnie, kto pracuje w rządzie i co dokładnie robi. To tak, jak my z Dzidkiem.

Przeprowadzamy więc bilans. Co umie Junior? Jakie są jego osiągi? Biorę książeczkę zdrowia dziecka i dopisuję nowe rubryki w karcie bilansowej.

- przemienienie w ciągu sekundy mojego nowiutkiego pudru w kamieniu w puder sypki - celujący

- wyciąganie ubrań z szafy i wieszanie ich na suszarce w charakterze prania - celujący

- bieg po mieszkaniu z obciążeniem (siatka 2,5 kg ziemniaków) na czas - celujący

- usypianie zwierząt - zabawek i wkładanie ich do trumny - bardzo dobry

- obsługa komputera - bardzo dobry (obniżenie noty za skakanie po klawiaturze)- położenie psa na swojej głowie i bieganie po domu z rozpaczliwym wołaniem: dzie jest pieeee? - celujący

- walenie twarzą o podłogę w chwili złości - celujący

- gryzienie matki w policzki w rytmie naprzemiennym - bardzo dobry

- warsztaty modowe czyli ubieranie się w cztery swetry na raz, bo inaczej ryk- celujący

- udział w ruchu Oburzonych manifestujący się we wznoszeniu okrzyków i skandowaniu nie, nie, nie! - celujący

- Babel story czyli języki obce - biegle, celujący (wszystkie języki na raz)

- język polski - mierny

- dawanie buzi na zawołanie - mierny

- wykonywanie poleceń - niedostateczny

- próby kamuflażu (zakrywanie oczu i wołanie: junior? nie ma, nie ma!) - niedostateczny

- picie kawy łyżeczką w lokalu bez strat w ludziach i sprzęcie - celujący

- asertywność - celujący

- empatia - niedostateczny

- czytanie książek wspak i do góry nogami - bardzo dobry

- przynoszenie rodzicom kapci do łóżka i kładzenie blisko twarzy, żeby już wstali i poszli po bułki - celujący

- autoskalpowanie wyrywanie sobie włosów w chwilach frustracji - celujący

- obsługa powierzchni płaskich, czyli używanie mopa i pięciolitrowego wiadra z wodą - celujący

- wysyłanie sygnałów morsem poprzez naprzemienne gaszenie i zapalanie lamp w całym domu - celujący

- śmianie się jak w horrorze upiornym śmiechem - niedostateczny, bo za rzadko, ale performance dobry

- sympatyzowanie z bakteriami pokonanymi w reklamie domestosem - bardzo dobry

- balsamowanie skóry przez piżamę - bardzo dobry

- pakowanie dobytki do zielonej torby i markowane próby opuszczenia rodzinnego gniazda dwa razy na dzień - dobry

- wzywanie imienia pana Boga swego nadaremno i wszystkich świętych przy byle okazji - celujący

- dręczenie zwierząt w grach na iPhonie - celujący

- mycie zębów zmiotką od szufelki - dobry

- skakanie po łóżku aż do jego ostatecznego zarwania i w konsekwencji spanie na podłodze jak jogin - bardzo dobry

- budowanie piramidy zwierząt Katarzyny Kozyry w wersji Lego Duplo - celujący

- zdolności aktorskie, w tym oszustwa, krętactwa i mataczenie - celujący

- doprowadzanie rodziców do białej gorączki na czas - celujący +++

No i tak bez końca.

Bardzo się nam Dzidek zmienił, rozwinął i przepoczwarzył. Duży jest już i dorosły, i duży. Mały wielki człowiek.

Patrzę w ten bilans. "You've come a long way, baby!" A tyle przygód jeszcze przed tobą.

Wspaniałych osiągów, synku! Dziś mijają dwa lata, odkąd się objawiła twoja szanowna wrzeszcząca osoba.

Dw

piątek, 10 lutego 2012

Dziecina locuta, causa finita! Koniec z domysłami, teraz wchodzimy na drogę prostej komunikacji, bez zniekształcających szumów, zgadywanek i aluzji. Dzidek definitywnie wszedł w fazę komunikacji werbalnej. Ale czy myśmy do niej dorośli?

Słowo to słowo, można na nim polegać. Junior przemawia do nas lapidarnie, nie traci czasu na mielenie ozorem, a jego słowa nie pozostawiają miejsca na zbędne dywagacje i domysły. Tak, nie, nie ma, nie, nie, nie, nie! Wyhodowaliśmy nie tyle żmiję, co egzystencjalnego nihilistę na własnym łonie.

Wychodziliśmy późnym popołudniem z Dzidkiem z Lenivca, gdzie KAŻDE z nas wypiło kawę i zjadło wielkie ciastko. Pożywieni wychodzimy w ciemność, biorąc go każde za jedną kończynę górną, podnosząc go na raz. Leci Dzidek ponad kałużami, ponad pękniętymi płytkami, przelatuje z rozpostartymi łapkami, ląduje bezpiecznie, śmieje się, też się do niego śmiejemy, emanacja rodziny, znów katapultujemy go pod niebo, znów ląduje. Ale teraz nagle ryczy.

- Nieeeeeeeeeeeeeeeeee!

- No co synu, nie rycz już, wrócimy tu za parę dni, nie ma co beczeć!

- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! Nie nie nie! Nieeeeeeeeeee!

- Kochanie, ogarnij się no, w porząsiu wszystko, idziemy, no raz, raz!

- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ożywiona tą gawędką droga mija dosyć prędko. Ale nie wiedzieć czego Junior robi nam avanti na całe miasto, protestuje i wije się jak Piskorski.

Docieramy w spazmach do samochodu, ładujemy Dzidka do auta. Okazuje się, że nie ma jednego buta. Zgubił go, posiał, utracił. Jak ten przysłowiowy szewc.

M. upina wrzeszczącego po stracie Dzidka w foteliku, ja wracam pod knajpę w poszukiwaniu rozmiaru 22, jak ten książę od Kopciuszka. Zauważam, dobiegam, ruch na skrzyżowaniu zatrzymuję, żeby mi tylko nie rozjechali, bo straci fason i będzie płaskostopowy, podnoszę, dziecko obuwam, uśmiech dziecka szczęściem narodu, bo oto Junior uspokojony już, zadowolony, uszczęśliwiony, śmieje się rżąco.

Wsiadamy do auta w ciszy, dociera do nas, żeśmy wlekli dziecko przez gąszcz śródmiejskich skrzyżowań, po ciemku, po zimnemu, w jednym bucie tylko, że druga stopa dotykała zmrożonego bruku i zamarzniętych kałuż. I wołał nas nasz syn, protestował, mowy naszej polskiej używał, starał się nas alarmować w naszym, dorosłym języku, wysilił się komunikacyjnie, porzucił body language i dziecięce monosylaby, po polsku do nas przemawiał, nie bez wysiłku, a myśmy go zignorowali i zafundowali dreptanie bosą stopą po mrozie.

No, ale w końcu braliśmy go też za ręce i ziuuuu, do góry, przefruwywał więc połowę drogi, albo i więcej. Czyli jednak zoptymalizowaliśmy naszą strategię kontaktu ze szkodliwymi warunkami pogodowymi, bo tylko połowę drogi kroczył na boso, a resztę przelatywał. Czyli oszczędziliśmy mu dyskomfortu. Czyli jesteśmy wspaniałymi rodzicami. Czyli zasługujemy na kolejne ciastko. I w ogóle to wcale nie było tak zimno.

Kiedy kilka dni później, nie bez sapania, założyłam Dzidkowi obydwa zimowe buty i znowu protestował, przyjrzałam mu się uważnie i pochyliłam nad jego problemem. Nie dostrzegłam jednak takiego i wyszliśmy na spacer w korowodzie wrzasków. Po spacerze okazało się, że buty były jak u Kayah - prawy do lewego. Wykumał to Junior, alarmował, a matka znowu nic.

Wnioski są trzy.
Po pierwsze, dziecko jest jak Cyganka, prawdę ci powie, trzeba tylko starać się w nie wsłuchać.
Po drugie, jest jak Trinny i Susanah - dobrze wie, jak się nie ubierać, zwłaszcza, gdy mordujesz je wciskając lewy but na prawą nogę.
Po trzecie, Międzynarodowy Zlot Morsów w Mielnie już w ten weekend! Czy jest tam kategoria ... Junior?

 

 

 

niedziela, 29 stycznia 2012

Jest taka torebka z imitacji krokodylej skóry, wściekle seledynowa, ze złotymi okuciami, pretensjonalny kuferek ze sztywnymi uchami. Istny koszmar. Pasowała mi kiedyś na zasadzie żartu na jedną jedyną imprezę - potem leżała odłogiem w czeluściach garderoby czekając na kolejny bal maskowy.

Aż wynalazł ją tam Dzidek.

Torebka ma idealne gabaryty - wszystko się w niej Dzidkowi zmieści, skarby swoje tam upycha, skręca kark zabawkom i ładuje ich truchła do środka, magazynuje klocki i resztki jedzenia, śmieci i moje zagubione dawno temu wyschnięte lakiery do paznokci.

Chwytna jest też bardzo - Junior dzierży ją pewnie i z klasą, chwyta za oba ucha i przenosi się z nią w inny wymiar, w korytarz na przykład, gdzie udaje, że wychodzi. Albo pakuje się nagle do torby, żegna się całusem, woła pa-pa i wychodzi, jak własny ojciec z laptokiem przez ramię.

Czasem zwykłe takie, niezabawkowe rzeczy są najlepszymi zabawkami myślę sobie i cieszę się, że Dzidek sobie coś takiego sam w życiu znalazł.

Wizyta u rodziny, wszyscy pakujemy swoje torby, plecaki, siaty. Junior też bierze swój bagaż podręczny, a jakże.

Ale rodzina zasiewa wątpliwości. Dzidek z krokodylą torbą przewieszoną przez ramię wzbudza najpierw ogromną wesołość, a potem coś jakby na kształt obaw. Czy to aby męskie jest? Czy to dozwolone? Czy z tego wyrośnie? Czy też zawsze będzie nosił torebki? A może lepiej podsunąć mu jakiś traktor, samochód, maskulinistyczny atrybut jakiś? Karabin na przykład?

Ale przecież Dzidek nie musi się teraz tak określać, prawda? Dla niego to kuferek pełen skarbów, a nie damskie akcesorium. A w ogóle to przecież wychowujemy go po skandynawsku, pozwalając samodzielnie wybierać zabawki, stroje, jedzenie. I wierzę, że półtoraroczne dziewczynki świetnie wyglądają w jeansach i koszulkach polo, a chłopcy mogą mieć długie włosy. I protestuję przeciw zestawom kuchennym tylko dla dziewczynek i małym technikom tylko dla chłopców. Zresztą pierwszym ciuchem Dzidka była i tak moja fioletowa koszula nocna do porodu, więc wiadomo, że chłop musi mieć swój własny styl.

A jednak z prostej torebki robi się kwestia genderowa!

Rozmawiam potem z zaprzyjaźnionym samcem.

- Nie martw się, ja przypinałem klipsy swojej mamy i tak paradowałem, a dziś proszę, przeszło mi.

- Okej, a ile lat wtedy miałeś? Piętnaście, szesnaście?

- Nie, ze cztery. Wszyscy faceci przez to przechodzą, no worries.

Rozmawiam też z koleżanką.

- Wiesz, no nie wiem, może jednak nie proponuj mu tej torebki tak, schowaj ją głębiej w szafie, niech się autkami bawi.

- Ale wiesz, on sam ją wybrał, lubi ją bardzo, nie zabiorę mu. Jakbyś się czuła, jakby ci mąż ukrył twoją ulubioną kopertówkę?

- No ale to nie to samo. Teraz fajnie, hi hi, ha ha, ale co zrobisz, jak za dziesięć lat Junior zacznie się interesować dalej damskimi ciuchami?

- Jak to co?

- No jak się jednak w sukienki przebierać będzie. I do tej torebki będzie chciał wziąć twoją różową kieckę? No, no co zrobisz, hę? No co zrobisz?

- Jak to co? Proste. Pójdziemy na zakupy i dobierzemy do tej kiecki różową torebkę, żeby pasowała. Proste.

piątek, 27 stycznia 2012

Projekt Junior wystartował w konkursie na Blog Roku - zdobyliśmy mnóstwo Waszych głosów, za które bardzo, bardzo dziękujemy!

Nie załapaliśmy się na short listę, ale gratulujemy finalistom i trzymamy kciuki, za Frustratkę zwłaszcza. W pewnych kręgach Projekt Junior i tak jest blogiem roku, blogiem dwulatki, przeblogiem w kosmosie, więc się nie martwimy, tylko wracamy na łamy.

 

*     *     *

Kilka dni poza domem, poza Dzidkiem. Leczenie, badanie, dragi.
Tęsknię, znów czuję się bez niego jak bez komórki, jak bez kluczy, bez lewej półkuli swojej.

Wracam do domu, kiedy Dzidek już śpi, zwinięty jak croissant, w nowym szlafroku, z rumianymi policzkami, pachnący lawendą.
Prosi się o napis nad łóżkiem: Babcia tu była! Zaglądam tylko, żeby nie obudzić. Boski jest, Toliboski wręcz. Po raz pierwszy od dawna nie mogę doczekać się poranka.

Rano budzi się, rozkoszny, cieplutki jeszcze od snu, zaplątany w swoje loki i sczepiony z obślinionymi przytulankami. Czuję jego słodycz i radość z przytulenia, zupełnie taką, jak za pierwszym razem, kiedy dotykałam jego skóry i wdychałam jego niesamowity zapach, który najpierw mają wszystkie noworodki, a który potem nieodwracalnie spiera się przy pierwszych kąpielach i nie zatrzyma go żaden Perwoll.

Jest jeszcze w półśnie, buzia w ciup, jedna brew niżej, druga wyżej. Mlaska. Chrząka. Otwiera ołowiane powieki, widzi nad sobą cierpliwie pochylonych, bardzo spokojnych, uśmiechniętych rodziców. Ostatnio rzadki bardzo widok.

I uśmiecha się, zamykając na powrót oczy.

Nie błaznuje, nie pajacuje, nie ekscytuje się, jak to w napadach swego emocjonalnego szaleństwa radości. Jest zen.

Po prostu błogo się uśmiecha. Budzi się, przeciąga, patrzę na jego zrelaksowaną buzię i wiem, że nigdy nie zapomnę tej miny, tej ujawnionej rozkoszy, tej ulgi, tego "ach, jesteście, no to teraz już w porządku".

Patrzę na moje dziecko i wiem, wiem na wielkie pewno, że w tej właśnie chwili, jest bardzo, bardzo szczęśliwe.

czwartek, 19 stycznia 2012

Skurczył mi się Junior.

No, myślę sobie, pewno przez akcję trzewia, wychudł mi biedaczek, kilo czy dwa zrzucił, gabaryty pomniejszone, to normalne jak się tydzień na flaki choruje.

Ale że się skurczył? W sensie wzrostu. To się nie spodziewałam.

Bo zawsze rano jak się drze, że już wstał, to głowa, broda, szyja aż do obojczyka wystawały znad barierki łóżeczka i spoglądały bacznie jak strażnik więzienny z flanki obserwacyjnej, w poszukiwaniu rodzica, którego można obudzić wrzaskiem. A teraz proszę - wrzaski słychać, Juniora nie widać praktycznie. Czubek głowy mu tylko wystaje, brwi i oczy widać, reszta już poniżej poziomu morza jest. Schowane mam dziecko, skurczone do wysokości szczebli w łóżeczku.

Zmartwiłam się trochę, ale cóż, medycyna zna bardzo różne przypadki, może więc coś na to można poradzić. Więcej czekolady, bananów więcej?

Dochodzi północ, dosypuję trochę kaszy do wieczornej szklanki mleka, którą Junior wypija do poduszki. Bierze łyka, łyczka ślicznego, odstawia delikatnie szklankę na materac, zawija się słodko jak rogalik, wzdycha miękko i wtula w pluszowego pieska. I jak tu nie pieprznie nogą, jak nie wierzgnie, jak szklanki nie wywali! Pół litra mleka błyskawicznie wsiąka w materac.

Ożesz fak.

Junior przestraszony swoim nabrojeniem zaczyna zawodzić. Razem z M. rzucamy się do łóżeczka, nie wiadomo, co najpierw wyżymać, prześcieradło, kocyk, Juniora? Mąż bierze dziecko i w żołnierskim trybie przedzierzga go szybko w suche rzeczy, ja zdzieram mokrą pościel, przyoblekam materac w ostatnie czyste prześcieradło. Coś się muszę schylać bardziej, ale może lata nie te, w krzyżu łupie, wiadomo.

Sytuacja opanowana, biorę Juniora w ramiona, a-a-a, śpij syneczku, mamusia kładzie cię do łóżeczka, a-a-a-, powoli opuszczam Dzidka na dno łóżeczka, a-a-a. I wtedy słychać wielki trzask.

Bo choć Junior schudł, to swoje waży. Pod jego ciężarem dno łóżka zapada się - jak się okazuje - kolejny już raz. Dzidek przestrasza się, wydaje wrzask ostrzegawczy, chwyta się szczebli w odruchu paniki. A ponieważ wstał na obie drżące ze strachu nogi usiłując ratować się z zapaści, zmienia się napór i rozkład sił. Dno łóżka, z materacem, z Dzidkiem na pokładzie, wydaje kolejny trzask i ląduje piętro niżej. Na poziomie podłogi.

Dzidek stoi przy szczebelkach, trzymając się ich kurczowo. Stopy opierają się już bezpiecznie na twardym gruncie - niżej nie spadnie, chyba że do sąsiadów. Patrzymy na siebie z M. pękając z dumy - może i było trochę strachu, ale zapewniliśmy dziecku bezpieczeństwo. Teraz na pewno nie wyleci górą. Bo śpi 10 cm p.p.m., czyli poniżej poziomu morza, a raczej dna łóżka.

Rano, kiedy budzi się wyjec, już go nie widzimy. Sygnalizuje go tylko jeden lok, trzęsący się na czubku głowy. Bo teraz to tylko ten czubek widać.

Czyli znów się nam Dzideusz skurczył. I teraz ma opcję De profundis!:)

niedziela, 15 stycznia 2012

Przychodzi matka chrzestna.

- Byłam na Kevinie. Nie idźcie. Nie idź tylko, proszę cię!

Wszyscy nam odradzają. Że ciężki, że okrutny, że straszny. Że się nie pozbieramy.

Czy jednak ten temat może być tabu, tabu dla matki?

Dawno już Wysokie Obcasy napisały nie tyle o filmie, ile o zjawisku:

"Jestem matką. Nie kocham swojego dziecka."

I myślę sobie, że tu jednak nic a nic nie można poradzić. Pielęgnować, karmić, przewijać, obsługiwać dziecko - tak, tego się można nauczyć, to tylko technika, powtarzalne czynności, rutyna. Ale miłości nie da się wytrenować, jak przewijania jedną ręką, to oczywiste.

I że Juniora pokochaliśmy, zanim się urodził, zanim zaczął w brzuch centryfugą kopać, zanim się jeszcze począł. Trochę jak się kocha Stinga albo Bono - zna się ich ze zdjęcia albo z daleka, w koncertu w sensie, wie się o nich dużo, wielbi się, tęskni, podziwia i myśli czule, ale nie zna się wcale.

I dopiero kiedy się Junior objawił we własnej małej osobie, to mogliśmy go poznać. Spać z nim, jeść, na spacery chodzić, mordować się, użerać, wkurzać, przytulać, całować, życie, życie po prostu spędzać, to mogliśmy się zastanowić i go polubić.
Tak, jak poznalibyśmy Bono albo Stinga i moglibyśmy - żyjąc prozą życia - przekonać się, czy facet jednak da się znieść tak na co dzień i można chcieć z nim przebywać w jednym domu, w jednym albumie na fejsie, po prostu go lubić, jak sąsiada, jak współlokatora, jak kumpla.

Artykuł w WO - straszny. Straszna wizja niekochania własnego dziecka, bycia niekochanym dzieckiem. Mówi się, że tylko małe dzieci kocha się za to, że są. Duże za to, jakie są.

Myśmy też Juniora się uczyli, musieli go poznać, od eksportowej i prywatnej strony, rozgryźć i rozpracować. Ale nie mówimy nawet o nim - nasz syn, nasze dziecko. Tylko on, Junior, osobny człowiek. Bo nie jest ani naszym gadgetem, ani pomniejszonym ksero, mimo oczywistych podobieństw.

Jest od początku odrębnym, osobnym człowiekiem, z wyrazistą osobowością i mocnym charakterem. Nie jest nasz, jest swój własny.
Lubimy go bardzo.

Kochamy, bo jest nasz.

Lubimy, bo jest w porządku.

Rozmawiam z innymi mamami - przyznają się, że nie od razu zalała je fala miłości, bezbrzeżnego uwielbienia i wszechogarniającej ekscytacji. Też się uczyły, ćwiczyły, zanim trwale i mocno pokochały swoje własne dzieci. A niektóre nawet z czasem polubiły. Nie wszystkie.

Matki mają zresztą kulturowo wdrukowany imperatyw do kochania i lubienia swoich dzieci, ojcom łatwiej się od tego wymigać. Ale też się przyznają, że nie od razu dziecko skruszyło serca ich lód. Jednak zawsze - warto rozmawiać.

Dlatego ma Junior szczęście, że jest w rodzinie, gdzie go wszyscy tulą, kochają, chcą. Lubią go. Dużo o nim rozmawiają, bez musu.

Ale przy pierwszej możliwej okazji chciałabym móc pójść do kina, bo wiem, że "Musimy porozmawiać o Kevinie". Jako rodzice.



czwartek, 12 stycznia 2012

Jest sprawa. Posłuchaliśmy inspiracji i podszeptów fanów, popleczników i niezależnych obserwatorów.
Od dziś możecie zrobić Projekt Junior blogiem roku. Ty, ty, ty i teraz także właśnie ty!

Więc jeśli lubisz Juniora i jego peregrynacje, wciśnij teraz 1 na klawiaturze swego komputera.

Jeśli wciągnęła Cię jego historia, od poczęcia, poprzez narodziny, aż po zrównoważony wzrost, podrap się lekko za lewym uchem.

Jeśli jesteś ciekawa, ciekawy, co u niego i jego matki, wciśnij 2 na pilocie do telewizora.

Jeśli uważasz, że to niezły blog i nadaje się na bloga roku, albo i dekady, to wyślij esemesa.


*     *      *
Bo od dziś można głosować na Juniora w największym konkursie polskiej blogosfery, konkursie Blog Roku 2011.
Głosujcie zatem na Juniora wysyłając esesmana o treści
A00772 na numer 7122!

Projekt Junior

Junior startuje w końcu w kategorii "Ja i moje życie", choć do wyboru były też blogi literackie, ale może next time, co sądzicie?

Więcej o konkursie tu: http://www.blogroku.pl/kategorie/projekt-junior,gwm35,blog.html

Organizatorzy zapewniają, że dochód z esemesów przeznaczony będzie na rehabilitację niepełnosprawnych dzieciaków.

To co?

Zapraszamy do głosowania na Juniora, wiadomo! :)

A00772 pod numer 7122. Let Junior rule! :)

wtorek, 10 stycznia 2012

Patrzę na syna, blady jakiś. Pewnie znów zabalował. Odeśpi jutro.

Odespał, ale bledszy jeszcze jakby, z domieszką zieleni nawet. Może struł się, zarządzam obserwację delikwenta przez 24h, jak na przeszpiegach.

Kolejnego dnia patrzę znów na syna, wygląda jak z reklamy korektora do cieni pod oczami, w wersji "przed użyciem".

A gdy podchodzi do mnie z podkówką, kładzie swą udręczoną głowę na moim ramieniu, pierwszy raz w życiu chyba - swoim i moim - obejmując moją szyję i wzdycha z głębi brzucha, wiem już, że wychodzimy z domu. Natychmiast.

*    *    *

Parking przed przychodnią został zlikwidowany, trwa kopanie w ziemi. W promieniu stu metrów nie można zaparkować nawet wrotek. Podjeżdżam do wartownika na budowie.

- Panie, gdzie tu można zaparkować?

- W Krakowie chyba, nie wiem. Widzi pani, miejsca nie ma.

- Ale ja z Juniorem, do lekarza.

- Pani, to niech pani na niepełnosprawnych zaparkuje, jak pani lekarza potrzebuje.

- Nie będę, no co pan? Indziej gdzie nie można?

- Na pewno do lekarza pani idzie? Nie wypuszcza mnie pani?

- No widzi pan, dziecko mam, to gdzie tu na zakupy?

- Stawia pani auto na wjeździe na budowę, ja tu przypilnuję, żeby nikt pani nie ruszył. Walec już dziś nie pojedzie, ja tu was przechowam, a pani leci.

Leci.

Biorę Dzidka pod pachę i lecę z nim na złamanie karku. 14 kilo plus opakowanie, 100 metrów, oes. Dzidek drze się wniebogłosy, okolica taka piękna, sam by se poszedł, a tu matka uprowadza, przemoc stosuje, porywa. On się drze, ja ryczę z bezsilności i wysiłku, grzywka spada mi na oczy, nic nie widzę, ale nie mam jak odgarnąć, Dzidka trzymam oburącz, bo wierzga, to sobie grzywki nie wystylizuję przecież. To dmucham, może się sama odgarnie. Oglądają się za nami: on ryczy i szarpie się za włosy, ona go niesie, ryczy i podmuchuje co krok. Dajcie spokój, przecież ja tu doznaję cudu macierzyństwa!

Dzidek na widok lekarki doznaje spazmów. Próbujemy go zdekoncentrować i proponujemy inwentaryzację magazynu. Junior otwiera szuflady z wenflonami, pojemnikami i strzykawkami. Sprawdza, czy są nietrzaskające, jak w Ikei.

Nie są.

Pani doktor będzie badać.

- Halo, halo! Robimy halo, halo! - szczebioce dotykając stetoskopem Dzidkowego brzucha.

Dzidek patrzy skonsternowany - wykształcona taka niby, a przez brzuch chce dzwonić. Zabiera słuchawkę znad pępka i instaluje jak bluetootha, przy uchu.

- Aaaalo!

Pani doktor bada, ale Dzidkowe wkurzenie jest już maksymalne.

- Nie bój się synu, to przecież nie boli.

- Niech pani nie używa w ogóle takich słów. Dziecko nie rozumie, że "nie boli", rozumie tylko "boli". I potem mu się będzie lekarz źle kojarzyć.

Pani doktor zatroskana jest, zleca milion badań na brzuch i to, co w nim siedzi.

- To pewnie infekcja dróg moczowych, albo zapalenie płuc. Trzeba czekać.

Biorę plik papierów, umęczonego Dzidka, niosę go do auta, pan wartownik osobiście pilnuje. "Strażnicy miejscy byli, czepiać się chcieli, ale powiedziałem, że matka z dzieckiem, do doktora, to co, ludzie to ludzie, no nie?"

Następnego dnia Dzidek mimo leków wpada w bielszy odcień bieli, popłakuje, skuczy, jęczy. Akcja brzuch się rozkręca.

Jedziemy do innej przychodni, ja tak jak stoję, bez makijażu, z nieumytą głową, w jeansach, które przed sekundą na mnie pękły, bez śniadania i bez dokumentów. Na badaniach spędzamy 3,5 godziny.

Na widok pani doktor w białym kitlu Dzidek znów dostaje spazmów. Uspokaja się dopiero włączając wszystkie funkcje w wadze elektronicznej. Włącza, wyłącza, przestraja, bije sobie brawo, że zresetował. Pani doktor go całkowicie ignoruje, przez co Dzidek zapomina się bać i wreszcie można porozmawiać.

- To nie jest infekcja dróg moczowych. Ani zapalenie płuc. To brzuch jest. Sprawdzimy, co dokładnie.

Dzidek ląduje m.in. na USG. Śmieje się, kiedy pięcioma różnymi głowicami lekarka jeździ mu po brzuchu. Patrzy zafrapowany w czarno-biały ekran i migające na nim jego własne flaki. Wycisza się, uspokaja, pełna hipnoza.

- Dziecko, leż spokojnie, o tak, wyobraź sobie, że jesteś w ciąży i w uniesieniu poddajesz się badaniu. O tak.

W punkcie pobrań Dzidek zachowuje się wzorowo, tzn. tak, jak powinno się zachowywać małe dziecko na jego miejscu. Od progu macha rękami, nogami, broni się, Rejtanem rzuca, wygraża, ryczy, bluzga, wpada w bezdech, wyślizguje się z 4 par rąk, które próbują go spacyfikować i znaleźć żyłę. Doznaję cudu macierzyństwa kolejny raz, kolejną godzinę, kolejny upiorny dzień.

- Badania są na cito, będziemy dzwonić, teraz niech pani leci po antybiotyk i do domu, odpoczywajcie.

Idziemy do apteki. Przysypiający z umordowania Junior na widok pań w białych kitlach budzi się natychmiast i próbuje wyskoczyć z wózka.

Po drodze do domu kupuję mięso z kością, dużo, tyle ile Dzidek waży prawie i przyprawy. Taki przebłysk instynktu macierzyńskiego.

Wieczorem dzwoni numer zastrzeżony.

- Halo, tu pediatra. Są wyniki.

- ...

- Halo, jest pani?

- Tak, tak, przepraszam, ale nie oddycham.

- Spokojnie, nie ma nic, nic nie znaleźliśmy, nic takiego. Bierzcie dalej leki i śpijcie spokojnie. Dużo odpoczywać proszę, będzie dobrze.

Patrzę na syna. Zryczany, pokłuty, umęczon pod ponckim.

A poliki ma różowe, cerę promienną, oczy błyszczące i wesołe. Śmieje się, bestia, do sił wraca.

A przed nim na stole dymią talerze z kolejną już dokładką. Z prawdziwym, tłustym, aromatycznym rosołem. Instynktem macierzyńskim w płynie.

piątek, 06 stycznia 2012

Junior, o  ile jest przy kasie i ma go kto doprowadzić, chodzi po knajpach, od urodzenia. Wiadomo, o tym jest tu ten oto blog.
Ale czytelnicy niektórzy dopytywali mailowo albo normalnie, czy poprzednia notka o Tel-Avivie nie była aby uzgodniona z knajpą.

Nie, w żadnym razie. Knajpa skasowała nawet naszego posta na swoim fejsie, więc nasze lubienie jest chyba bez wzajemności.

Tel-Aviv jest jedną z wielu, wielu knajp nawiedzonych przez Juniora, wcale nie najulubieńszą. Ale tego dnia, dobre, sprawdzone, zawsze udane telawiwskie specjały nam poprawiły humor, naprawiły żywota i w ogóle bardzo dobrze zrobiły nie tylko na ciało, ale i na umysł.

I to była właśnie knajpa dnia! Nie tylko w Warszawie, ale nawet przy tej samej ulicy mamy nawet dwie jakby bardziej ulubieńsze.

Zawsze gościnnego Lenivca i ukochany od pierwszych dni Bejrut, a nawet Tekturę, której pan rozważa kącik dla pędraków, choć szczerze mówiąc, nie spotkałam takiego w klubie. W kawiarni, w pizzerii, w knajpce - to i owszem. Ale w klubie?

Działa tu zasada proklienckiej filozofii marketingu, from the cradle to the grave, wychowywania sobie klienta od najmłodszych lat.

Skoro Junior potrafi w Tekturze spędzić wieczór jako młodsza młodzież, to i pewnie będzie tam wpadał na wagary, piwo z kumplami i randkę z dziewczyną. Mają klienta, to pewne, może Dzidek czuć się jak w domu, a nawet z czasem wprowadzić, jak odda kaucję u nas, oczywiście.

Dajcie się zgubić na Poznańskiej, znajdziecie siebie w dobrych wnętrzach i niezłej kuchni.

I jeśli spotkacie czarny wózek ze schwarzcharakterem w środku, nie przybijajcie Juniorowi piątki.
Recenzuje on bowiem lokale incognito :)

wtorek, 03 stycznia 2012

Zimny, zimny wiatr podszywa moją skórzaną kurtkę, targa Juniorowe loki i rozpina kościane guziki jego maleńkiej budrysówki. Jesteśmy zziębnięci, zgnębieni, zirytowani i w ogóle wszystko co złe, to na zet.

Chce nam się ciepłej, balsamicznej zupy, która nas ukoi. Chce się nam pikantności, która rozgrzeje smutne trzewia. Słodyczy, które nas ucieszą, nie utuczą. Chce się nam dobrej atmosfery, kiedy wokół jest przenikliwie i nie za dobrze.

Dlatego chronimy się w Tel-Avivie.

Idealnie zmiksowana zupa rozlewa się czosnkiem wewnątrz naszych ciał. Widzę to jak na angiografii - kolorowy kontrast dociera do najdalszych zakamarków, najdrobniejsze naczynka niosą płyn, który rozświetla cały system. Jesteśmy uratowani.

Potem jest tylko lepiej.

Junior zdradza trochę koszerną kuchnię na rzecz awaryjnego słoika, ale wsuwa ryż i duszoną cukinię w pomidorach. Jedną ręką machinalnie wiosłuję gerberową potrawkę do buzi dziecka, drugą ręką idealnie doprawiony humus do swoje buzi. Gerber Junior, humus ja, Gerber Junior, humus Junior, Gerber ja... Fuuuuu!

Czarno-biała dominanta wnętrza frapuje Juniora, który choć nie jest już niemowlakiem, bardzo elegancko i ochoczo odnosi się do tej kombinacji.

Porzuca pitę pełną fasolowej pasty i leci do baru, zwabiony kontrastowym wystrojem. Lustruję podłogę. Gładzi ją palcem, palec oblizuje, wraca i ładuje do humusu. Po humusie zjada słodkiego buraka, który razem z ananasem (!) towarzyszy śledziowi - zaostrzonym tą sałatką apetytem celuje w pastę z grillowanego bakłażana, którą wyciera trochę pitą, a trochę rękawem mojej jego ukochanej bluzy.

Jem tabouleh, którą Junior wzgardził i czuję, jak wracają mi siły. Jak witaminy rozpełzają się po mnie ludzikami z "Było sobie życie" i odbudowują, cegiełka po cegiełce. Junior sięga po karty do gry ze sprośnymi obrazkami, stawia pasjansa a może tarota, tego nie wie nikt. Wszyscy pogrążeni w swoich sałatkach, kawach, mezzach.

Czas na deser, zapiekane z rodzynkami i kruszonką jabłka wyglądają bardzo bezpretensjonalnie, nieszałowo, zwyczajnie. Junior na ich widok odwraca twarz. Synu, nie sądź po pozorach! Oblizuję widelczyk pełen deseru, teatralnie przewracam oczami, mruczę. Junior dopada do stolika, nogami przebiera, paluchu w talerz wkłada. Przełamał swoje uprzedzenia. Wiosłuje jabłka nie na widelczyki, ale na kwintale, a ja kiwam głową z uznaniem, bo oto zapewniam dziecku dzienną porcję owoców, a sobie dzienną porcję słodyczy, jedną z pięciu, więc oboje jesteśmy wygrani.

Junior zaczyna się nudzić i łazić po całej knajpie. Nie sięga do menu, więc się frustruje, tym bardziej, że nie umie czytać.

Naprzeciwko pobojowiska, jakie mamy na stoliku wokół siebie, siedzi młody mężczyzna. Przysięgłabym, że to Olivier Martinez, ale jednak nie, jednak mówi po polsku.

Czyta, popija kawę, oddycha spokojem.

Junior nie dostrzega okładki z tej odległości, ładuje się Martinezowi na kanapę, jakby chciał zapytać, czy są obrazki.

- Dzidku, złaź, przestań. Przepraszam pana.

- A niech tam, niech się bawi przecież.

A gdy chwilę później Junior fika kozła, Martinez odruchowo startuje się ze swojej kanapy, żeby go podnieść. Patrzę, jak Dzidek bezkrwawo ląduje na podłodze, a filiżanka espresso i szklanka wody podskakują na 10 cm w górę, gdy mężczyzna rzuca się, żeby go ratować.

I filiżanka, i Junior cali.

Zbieramy się. Podchodzi do nas Malka Kafka, szefowa Tel-Avivu. Pochyla się nad Juniorem, powiedz cześć, chłopczyku, przybij piątkę.

Juniora onieśmielają jej oczy, wsadza zaciśniętą pięść do buzi, nie mówi nic. Ale to przecież magiczna kuchnia. Kobieta otwiera słoik pełen ciastek. Junior ma maniery, nie bierze. Poczęstuj się, mówi i robi otwierający gest. Junior nie ma już oporów. Sięga do słoika, jakie to archetypiczne, mały chłopczyk przed słojem pełnym słodyczy.

Wychodzimy naprawieni, zadowoleni, spokojni. To nie jest miejsce specjalnie przyjazne dzieciom, afiszujące się z otwartością na młode mamy i ich przychówek. Ale miejsce, w którym klienci podniosą ci upadłe dziecko z podłogi, barman poda młodemu bajerancką słomkę, zupa nie poparzy dziecku brody, a smaki naprawią żywota na resztę dnia.

Kontrastowe menu, goście, śledziowa sałatka i podłoga.

Nawet ciastko, które dostał Junior było trochę słodkie. Ale jednak trochę słone.

czwartek, 29 grudnia 2011

No i znowu lądowanie w szpitalu.

Żeby zachować pozory normalności, po kilku długich dniach i nocach M. przyprowadza mi syna na widzenie.

- Siostro, muszę wyjść...

- Idzie, pani, idzie. Do sklepiku, po snickersa?

- Nie, syna obejrzeć. Mąż go przyjeżdża przywieźć.

- No to co tak stoi?! Do syna leci! No niech leci, tylko nóg nie połamie, bo to szpital w końcu, ale nigdy nic nie wiadomo!

Pod szpitalem stoi M. zakutany po same uszy, poznaję go po wózku. Wsad do wózka też jest zakutany, nos tylko wystaje, błyszczy się cały jak polakierowany, oblepiony zamarznięty gilami taki. Obydwa chłopaki mają czapki nasunięte zbyt głęboko na oczy, każdemu prawe ucho wystaje, bo się brzeżek odwinął. Widać, że spokrewnieni, Pat i Pataszon taki.

Mąż mnie ściska, całuje, tuli, obejmuje. Dzidek też, ale tylko wzrokiem. Zarejestrował matkę, brodą kiwnął, dobra nasza, no to róbmy coś, skoroście mnie tu zawlekli, rodzice kochani. Moje pojawienie się nie zrobiło na nim większego wrażenia. Jestem jak to słońce - fajnie, że jest, ale nikt mu przecież co dzień pokłonów nie bije i się nim nie zachwyca. W sumie mogłabym się przyzwyczaić, że mnie syn ignoruje, od dziecka.

Trzymam się starego i wózka, idziemy na spacer. Pamiętajcie, grunt, to trzymać pozory! Pod kurtką wenflony, opatrunki, rurki i kable. Ale jak kto nie wie, to nie wie, ot wyszła sobie rodzinka.pl na przechadzkę. Wleczemy się do pobliskiego parku, wleczemy na plac zabaw, gonimy Juniora po krzakach, a on szczęśliwy, bo znów go rodzicielski patrol nie złapał. Wszystko jest, jak było, nic się nie zmieniło. Keep calm and carry on!

Wypruwamy sobie flaki uganiając się za dzieciakiem - trzeba by coś zjeść. Ale w promieniu tysiąca kilometrów nie ma nic wartego grzechu, na jaki się porywamy. M. bierze telefon, halo, dwie super supreme poproszę, uwaga podaję adres, jak to nie dowieziecie pod oddział, że nie wolno wam dostarczyć, bo dieta szpitalna, że nie wpuszczają, no dobra, niech będzie na Izbę Przyjęć, czekamy!

Godzinę (!) poźniej na IP lądują dwa połamańce, jeden zakrwawieniec i kurier z Pizzy Hut. Przebiegamy przez ulicę, wtargnąwszy uprzednio na jezdnię i już siedzimy na pijackiej ławeczce, pełnej butelek po winie, wciągając parującą pizzę prosto z kartonu. Dzidek zjada brzegi, my całą resztę. Piknik pod wiszącym gilem, bo teraz zakatarzeni jesteśmy już wszyscy, za to uszczęśliwieni bardzo. Śmiejemy się, Jezu, jak my się do siebie i ze sobą śmiejemy. Jest bosko. Jest super. Jest normalnie.

Ale muszę wracać. M. pojmuje to bez słowa, więc nawet się nie żegnamy zbyt wylewnie, żeby nie powiedzieć za dużo.
Zadzwoń, ty daj znać, do jutra, no do jutra, odwróć się teraz szybko i zmykaj, a wy już jedźcie, żeby się Dzidek nie skapnął.

Ale się skapuje. I choć nie zwracał na mnie uwagi przez całą moją do niego ucieczkę z oddziału, teraz orientuje się, że znów mam zaniknąć z jego życia. Czyli, skubany, zauważa mnie jednak w pewnym sensie.

Dla pozoru, dla tego nieszczęsnego pozoru, uśmiecham się i macham do niego wesoło. M. robi w tył zwrot i odjeżdża z wyjącym Dzidkiem, żeby zabrać mnie z jego zapłakanych oczu.

Dzidek odrzuca koc, którym go opatuliliśmy aż po brwi, rozpaczliwie wystrzeliwuje z wózka wyciągnięte, odmrożone ręce i krzyczy, krzyczy strasznie.

- Nieeeeeeeeeeeeeeeee! Mamaaaaaaaaaaaaaaaa! Nieeeeeeeeeeeeee!

Odwracam się na pięcie. I wtedy moje serce rozpada się na tysiąc kawałków.



poniedziałek, 05 grudnia 2011

Jesteśmy przekonani, że Junior nas nie uwielbia.

Toleruje, owszem, łaskawie znosi naszą obecność, ponieważ do nas przywykł, ale nic poza tym.


Jako mężczyzna nie jest zbyt tkliwy, czuły i wylewny - nie przyjdzie, się nie przytuli, na kolana nie wdrapie, mamo kocham cię - nie powie.
Może dlatego, że za mały. A może - że to facet, więc nie będzie zachowywał się jak ciamajda i maminsynek.

Kąsać rękę, która go karmi - kąsa. Uprawiać przemoc psychiczną - uprawia. Podnosić na nas głos bez wyraźnej potrzeby - podnosi i do tego zawiesza. Manipuluje nami, testuje nadwątloną odporność psychiczną, maltretuje w sensie emocjonalnym.

Błogosławimy premiera Tuska, że chce wydłużyć wiek emerytalny, bo dzięki temu mamy szansę zabezpieczyć sobie starość. Coraz częściej ogarniają nas bowiem poważne wątpliwości, czy aby Dzidek zaopiekuje się kiedyś nami tak, jak my teraz nim.

Czy będzie karmił ciepłą kaszą i wycierał kapiącą zupę z brody, kiedy nie będziemy w stanie przełknąć na raz wszystkich ziemniaków?
Czy będzie dbał, żeby się odparzenia nie zrobiły? Czy będzie nas modnie ubierał, czy będzie nas opierał? Czy będzie nam przynosił gazety i książki, jak my jemu? Czy opłaci nam abonament RTV, żebyśmy - jak on dziś z Ulicą Sezamkową - mogli oglądać sobie Klan albo Plebanię? Czy będzie nam opowiadał kawały, żartował i rozświetlał ponure dni? Czy będzie pchał wózek z nami do Morskiego Oka? Kto był nad MO z buta i pamięta ten znój niech sobie doda do tego pchanie wózka z drącą się zawartością, no cholera, cały czas pod górę, a potem nas pobłogosławi.

Na razie nie uważamy, że tak będzie, ponieważ Dzidek nie przejawia żadnych śladów uczuć wyższych. No, może poza zazdrością.

Nie możemy z M. usiąść zbyt blisko siebie na kanapie. Głowy na mężowskim ramieniu nie mogę złożyć, a mężu wtulić się też nie wolno. Zatańczyć razem - nie. Bo ryk, wrzask i rozdzielanie nas małymi rękami, niczym sędzia na boskerskim ringu. Pocałować się nie można, bo okłada nas syn piąstkami i drze się wniebogłosy. Chyba, żeby wydawać przy tym straszne odgłosy, jak przy siorbaniu na przykład, wtedy syn myśli, że to taki performance, śmieje się do rozpuku i łaskawie zezwala.

Wszedł ewidentnie w fazę edypalną i przechodzi ją na najwyższych obrotach.

W niedzielny poranek obserwujemy Dzidka spod kołdry. Siedzi za szczebelkami, coś tam sobie gada do przytualnki, nie wie jeszcze, że nie śpimy.
Dyskretnie, jak najciszej jak się da, zupełnie jak na koloniach, próbujemy się do siebie przysunąć, żeby się przywitać i  wtulić w zagrzane spodkołdrowym ciepłem ciała. Czujemy się jak w śpiworach, pod namiotem, sto lat temu. Masakra. Kładę głowę na ramieniu M., on mnie obejmuje, cześć kochanie, jak się spało.

- Daaaaaaaaaaaaaaaaaa! Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Nie wiedzieć skąd, przy naszym łóżku ląduje Dzidek. Z awanturą.

- Maaaaaaaaaaaaaaaaaa! Gaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Daaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! 

Ładuje się do łóżka, ryczy, macha rękami. W końcu wdrapuje się między nas, siada, rozpychając się i dokładnie pilnując, żeby żadne z rodziców nie dotykało drugiego. Kiedy upewnia się, że nastąpiła pełna separacja, ociera dubeltowego gila, zaczyna z nami żartować i jak gdyby nigdy nic zagadywać. Patrzymy na niego zdumieni, na siebie - smutni.

- To jest właśnie w małżeństwie późny romantyzm, wiesz?

- To jest raczej, kurwa, wczesny realizm.

wtorek, 29 listopada 2011

Znacie to uczucie, kiedy się trochę czegoś boicie, więc odsuwacie to od siebie, spychacie na dolną półkę pamięci, dystansujecie się i podskórnie uciekacie? Prokrastynacja, ucieczka, wyparcie.

Podchodziłam do tej książki ze 3 razy.

Phi! To nie dla mnie. Nie potrzebuję poradnika, w końcu Junior jest jak ajfon, bardzo intuicyjny i nikt, ale to nikt, nie ma na patentu na optymalizację różnych zawartych w nim aplikacji. A jeżeli już w ogóle ktoś, to najpewniej ja. Nie będę wspierać się na autorytetach zewnętrznych w kwestiach bardzo wewnętrznych.

Phi! To na pewno bardzo radykalne podejście, nie będę przecież uprawiać ani grządek, ani guerilla parentingu, najważniejszy jest zdrowy rozsądek, nie mam zamiaru pchać ideologii na sztandary i wymachiwać nimi nad miseczką kaszy Juniora, choćby miała być to kasza jaglana z klarowanym masłem, które i tak wciąga, a raczej ja wciągam, a on ma za złe.

Phi! Junior jest już za duży, żeby uczyć go od podstaw. Było, minęło, przepadło. Nie będę czytać o porodach rodzinnych i chustowaniu, skoro Junior już urodzony i sam łazi. To dobre dla debiutantek! Mi się udało Juniora przez blisko 2 lata hodować w dobrostanie i pełnej euforii, a poradnik pewnie jest dla nieporadnych, czyli nie dla mnie. Phi!

No ale poszłam tam w końcu i idąc od razu wiedziałam, jak to się skończy.

Poszłam do empiku w najwygodniejszych ciuchach, bez makijażu, z gotówką. Usiadłam po turecku, najwygodniej, zbudowałam strefę komfortu, żeby nikt mi nie właził i nie rozpraszał. Kupiłam największą kawę, z kilogramem bitej śmietany i furą słodkiego syropu, który mnie miał pokrzepić. Bo od rana wiedziałam, na co się zanosi.

Siedziałam, kartkowałam, chlipałam.

Pan obok zatopiony w Wallanderze spojrzał na mnie, że idiotka pewnie jakiś romans czyta i ryczy albo jakąś poezję i się wzrusza, dziewczyna. A to Polska matka poradnik czyta i łzami się zalewa.

Bo ajpierw zrobiło mi się bardzo smutno, potem przykro, a potem kap, kap, kap, z odtuszowanych rzęs ciurkiem leciały łzy na karty, w których opisano to wszystko, czego z Juniorem nie zrobiłam.

Trochę nie wiedziałam, że można. Albo że warto. Albo że trzeba bo to dobre dla niego i obiecujące, przyszłościowe.

A trochę się bałam, bo wygodniej iść utartą ścieżką, prosto do supermarketu, a nie na biobazar. Wygodniej wywalać tony pampersów, zamiast prać pieluszki wielorazowe. Wygodniej dać dziecko mężowi do noszenia, niż się samej okutać chustą, choćby to było nasze bebelulu, kurde i sami wiecie, że próbowałam. Wygodniej pytać psychologa, kiedy pędrak zacznie wreszcie mówić, niż samej zmagać się z bobomiganiem. Wygodniej polegać na medykalizacji i dyżurnej położnej, niż asertywnie bronić przemyślanego planu porodowego. Wygodniej nie wiedzieć.

Siedziałam, czytałam, beczałam. Z żalu, że nie wiedziałam, że mnie ominęło, że Juniora ominęło. Że przy całej wielkiej ku niemu miłości, nie przygotowałam jego lądowania i pierwszych adaptacyjnych chwil w nowym świecie tak, jak na to zasługuje, czyli najlepiej na świecie.

I strasznie mi się go zrobiło żal. I że jestem złą matką. Że go skrzywdziłam. Sąd też orzeka o winie i wymierza karę, za coś złego, co zrobiło się przez zaniechanie, prawda?

I obiecałam sobie, kap, kap, że jeżeli kiedyś będzie nowa edycja projektu, taki Junior 2.0, to jak woła Kult, wszystko będzie inaczej, wszystko będzie odwrotnie. I wytarłam łokciem pomoczone od łez ośle rogi i czytałam dalej, na zmianę samobiczując się i utwierdzając w sile matczynej intuicji. Bo pointa tej książki jest taka, albo raczej chmura tagów do niej: komunikacja, dialog, więź, skupienie, intuicja, reakcja, uwaga, uwaga, uwaga.

*     *     *

Spotykam się z przyjaciółką. Rozmawiamy o rzeczach ważnych, fundamentalnych, cudownie błahych i zupełnie nieistotnych - a wszystko bardzo więziotwórcze, spajające, inspirujące.

- I wiesz, i ja ci muszę powiedzieć, bo ja taką książkę czytałam i tam dziewczyny piszą o takim patencie, że wiesz, wlewasz wodę, wsypujesz paprochy różne takie, sznurek dajesz i wiesz, za okno, jak jest mróz, albo do zamrażarki ...

- ... no, no, ja też ostatnio coś takiego widziałam, wiesz, książka taka jest, wygląda na radykalną, a jest bardzo fajna i życiowa taka, dużo pomysłów i zdrowego rozsądku i wiesz, zastanawiam się, czy ją kupić, ale chyba tak, bo sensowna jest i tak sobie myślę...

- ... no, no, w tej mojej też, wiesz, dużo spokoju jest, takiego życiowego, bez przeginania, dobre, łagodne podejście, cierpliwość, spokój i dystans, zen, mówię ci...

- ... no, a w tej mojej to też, bo można się zrazić tytułem, że to tylko dla kasty zwariowanych rodziców jakichś, ale to bardzo pożyteczna książka, taka normalna, wiesz....

No i rozmawiałyśmy o tej samej książce, oczywiście. "Great minds think alike."

A potem poszłyśmy, niezależnie, spotkać się z autorkami i powiedzieć, że im się książka udała. I że choć to macierzyństwo, zwłaszcza u debiutantki, może czasem kulawe takie i niebezbłędne, to jednak mama da radę. I że poradnik im wyszedł nieganiący, nieprzemądrzały, ale podszeptujący taki, dzielnie towarzyszący, nienachalny.

I pełen inspiracji na przyszłość, bo to można jeszcze wiele nadgonić.

Bo choć Junior urodzony, trochę odchowany, to jeszcze wszystko przed nami. Jak to w życiu.

poniedziałek, 28 listopada 2011


Pół nocy śniło mi sie, że jestem zamknięta w hurtowni Smyka, nie mogę uciec, nie mogę się wydostać, a zewsząd łypią na mnie palety ze zgrzewkami kolorowych zabawek Made in China. Wszystkie piszczące, tykające, z dźwiękami i diodami. Koszmar.

Obudziłam się i do porannej kawy zażyłam trochę wpisu Fiony z Wylęgarni "Kristmas inspirejszyn". Bo widzę, że nie ja jedna przy okazji nadciągających świąt i mikołajek mam zgryz na tle zabawek dla Juniora.


Nie jest łatwo wybrać dziecku zabawkę niegłupią, twórczą, a do tego bezpieczną i ładną. Sterowany radiem samochodzik? Junior jest za mały, oblizał i zjadł radionadajnik. Pluszowy miś? Misie są dla łajz i dla dziewczyn, miś jest zawstydzająco infantylny już. Fisherprice'we dźwięcząco-buczące pomoce naukowe? Bardzo fajne, rozwijają małą motorykę i duże nerwy u mamy swoimi melodyjkami, ale niestety zakładają warunkowanie. Można się nimi bawić tylko w jeden określony sposób. Włożyć, wyjąć, dopasować. Zero kreatywności. Albo umiesz się, człowieku, bawić zgodnie z dołączoną instrukcją obsługi, albo idź pobaw się gdzie indziej.


Skoro nie uwielbiamy Smykowej oferty, zawsze możemy poszukać symplistycznych, wysmakowanych zabawek w sklepach internetowych, takich jak http://www.mamagama.pl/ czy http://www.cudanakiju.pl/.

A jeżeli ktoś nie chce ani chińskiego mainstreamu, ani oryginalnych, ale drogich gadgetów?

W co się bawić, tak po prostu?

Przeglądam szybko ulubione zabawki Dzidka. I nie dziwi mnie, że nie ma wśród nich tych najdroższych, najbardziej markowych, najbardziej udziwnionych kombajnów zabawkarskich. Za to należą do nich:

- sprężynujące kieliszki do jajek, które zostały pierwszym sprzętem AGD po mojej wyprowadzce z
domu rodzinnego


- obślinione piloty do TV z apetycznie rozmazaną kaszą pomiędzy klawiszami Wróc i Ulubione


- otwarta kilogramowa torebka kaszy jaglanej na zmianę z ryżem paraboiled, tym razem w torebkach


- tarka do jarzyn, czyli przytulanka w wersji hardcorowej dla prawdziwego mężczyzny


- kolorowa butelka Domestosa -  swoją drogą, dlaczego organizacje prodzieciowe nie protestują, że te najbardziej żrące chemikalia leje się do najbardziej przyciągających i wzrok, i małe ręce butelek?


- wykręcony zupełnie bez powodu szczebelek z drewnianego łóżeczka służący za laskę Abrahama albo dzidę


- sama okładka od książeczki z namalowanym psem, bez treści - dzięki temu syn zaznajamia się z krótkimi formami literackimi


- zeschnięta choinka do zawieszenia w samochodzie sprzed 10 lat do wywijania jak lassem


- piłka antystresowa, którą dostał kiedyś podczas wizyty w moim zakładzie pracy


- przesłynna małpa przytulanka przypominająca już dziś wyżętą ścierę


- wkład do gotowania na parze z IKEI


- krem do rąk Neutrogena, który Dzidek myli z pastą i z upodobaniem wlewa sobie do buzi, usiłując szczotkować gliceryną biel swoich zębów


- dwa magnesy


- iPhone, zawsze i na zawsze


No i oczywiście

niezastąpione,

niepokonane,

nieśmiertelne,

najlepsze na świecie,

klocki LEGO.

Jesteśmy uratowani. Przypominam sobie, że kiedyś amerykański ranking na najlepsze i najbardziej stymulujące rozwój dziecka zabawki wygrały ex aequo klocki lego i pusty karton po telewizorze.

Gdyby jednak komuś było mało i chciał wrócić do oldskulowych zabawek, może poszukać czegoś Spod lady. Albo zachwycić się Zabawnikiem, pełnym wyliczanek, piosenek, zgaduj zgaduli, DIY, gier, do których potrzebna tylko kartka i ołówek, czyli tego wszystkiego, co skądś znamy, choć sami nie pamiętamy skąd. Bardzo ważny i potrzebny input.



Po drodze dzwoni moja mama.

- Kochanie, co kupić Dzidkowi na Mikołaja? Zabawkę jakąs, a może wolisz jakiś ciuch, coś do pokoju?

- E, zabawkę chyba, bo z mebelków to się nie ucieszy, nie doceni, nie co to ja. Ale wiesz mamuś, mam pomysł. Dzidek by chciał plazmę.

- Plazmę? Dziecko, hahaha, niezłe, hahaha, taką na całą ścianę najlepie! Hehehehe, ale skąd babcia ma wytrzasnąc na plazmę? Albo na plejstejszon, hahaha? To może jednak lego?

- Mamo, no wiesz, jeżeli zależy ci, żeby twój jedyny wnuk był szczęśliwy, to kupicie mu plazmę, co no nie? - pytam i już uwielbiam moją mamę.

A potem patrzę na porozwklekane po całym domu zabawki Dzidka i moje oczy spoglądają nieodmiennie w stronę Lego. Jakby powiedział Jacek Żakowski, gdyby tu teraz koło mnie stał, TINA, czyli There Is No Alternative. Jeśli się nie odnajdę na fali alterzabawek i nie zdołam mu kupić niczego jednocześnie rozwijającego, bezpiecznego i designerskiego, będę miała dla Dzidka jedno wytłumaczenie, w chwili, gdy pochyli się z nadzieją i jednak nie znajdzie prezentu w wystawionych specjalnie kapcioszkach.

Synu, twoja mama znów wierzy w świętego Mikołaja.




środa, 23 listopada 2011

Wizyta u logopedy. Jeszcze nigdy, nigdy w życiu nie widziałam, żeby komuś tak szybko i gwałtownie zmieniał się wyraz twarzy. Jak w horrorze. Albo w eksperymencie doktora Tronicka, który unaocznił mi, jak bardzo moje emocje wpływają na Dzidka.

Pani logopeda patrzy teraz na Dzidka surowym wzrokiem, stawia przed nim koszyk z zabawkami. Mówi głośno i wyraźnie, umalowane tłustą szminką wargi obnażają równe, ostre zęby. To ta sama pani, która każe mówić do dziecka "jak do Murzyna".

- Juniorze, wyciągnij proszę pieska. Gdzie jest piesek?! Piesek gdzie?! PJJJEEESEK! PJESSSSEK!- syczy pani z wielkim uśmiechem, tak się śmieje, że aż łezki jej się w oku kręcą.

Junior patrzy na panią dziwnie, że jak to ona nie wie, gdzie jest piesek, przecież jak wół leży, wystarczy sięgnąć, o.

- Pjjjesek gdzie? Daj mi pppppieska! - uśmiecha się szeroko pani, jako profesjonalistka akcentując każdą jedną głoskę. W tej samej sekundzie odwraca do mnie głowę, a jej twarz tężeje. Kąciki opadają, brwi też, cała twarz grawituje ku powadze i surowości.

- Dziecko nie rozumie poleceń! W tym wieku, a nie rozumie! Pieska nie widzi!

- Widzi, widzi, wszystko rozumie, po prostu dziwi się, że pani nie wie, gdzie jest pies, a on tu leży, pod nosem, o, nie można go nie zauważyć.

- Pjjjjesek, gdzie jest pjjjjesek? - syczy znów pani do Dzidka, z uśmiechem pełnym obłędnego błysku zębów.

Junior wzdycha i podaje jej pluszowego psa. No dobra, niech jej będzie! I natychmiast zaczyna ujadać. Hau, hau, hau! Hau, hau, hau!

- Dobrze, a teraz podaj mi misia. Miiiiisia!

- Hau, hau, hau!

- Miiiiiisia. Gdzie jest mmmmmmiiiiiiiś?!

- Hau, hau, hau! - na tym etapie Dzidek jest już bardzo rozbawiony i szczeka aż do bezdechu. Boże, może on ma wściekliznę?

- Misia pokaż! Miiiiiiś!Miiiiiś! Gdzie! jest! miiiiś?! - woła pani, zupełnie jak w wakacje wołali ci inni na Krakowskim Przedmieściu (gdzie! jest! krzyż? gdzie! jest! krzyż?)

- Mimi! Mimi! Mimi! - woła rozradowany Dzidek i wymierza miśkowi siarczysty policzek.

- Przejawy agresji. No cóż. - pani znów ma twarz żandarma na ciężkiej służbie. Ułamek sekundy później posyła Dzidkowi szeroki uśmiech i wdzięczymy się obie, prosząc dziecko o kolejne zabawki. Dzidek patrzy na nas jak na idiotki i podaje, choć to naprawdę żenujące, żeby małe dziecko obsługiwało dwie dorosłe baby.

- A lala? Gdzie lala? Daj mi lalę! Lala!!!

Dzidek patrzy na nią niepewnie. Uśmiecha się Moną Lisą. Nie wie, o co chodzi.

- Lala! LA-LA! LA-LA!!!! - skanduje pani logopeda, usiłując skierować wzrok dziecka na gołą, biuściastą lalkę Barbie, z potarganymi włosami i pogryzioną nogą.

Konsternacja.

- LA-LA! Daj LA-LĘ! LA-LĘ!

Martwi się Dzidek i frasuje - o co tej kobiecie chodzi? Nagle syn wypala:

- Hau, hau! Hau, hau! - i zaczyna klepać się po udzie, bo się dowcip udał.

Ale pani się nie śmieje. Znów jest żandarmem.

- Dziecko nie rozpoznaje zabawek. To smutne. To bardzo smutne.

Ale mi nie jest smutno ani trochę. Nie rozpoznaje, bo w życiu lalki nie widział. A szczególnie takiej Barbie po przejściach. Zresztą, czy trzeba wymagać od faceta, żeby znał się na lalkach, jeżeli akurat nie jest Frankiem Zappą?

Pani się poddaje. Chowa zabawki do koszyka. Dzidek nie chce oddać piłki. Misia też nie. Niczego nie chce oddać. Siłujemy się we troje. Dzidek przegrywa. Jesteśmy umordowane i zirytowane, a Dzidek szlocha.

- A w ogóle, to pani coś powiem! - na koniec wypala logopeda.

- Taaak?

- Pani dziecko ma krzywy zgryz! O!

- Jak to?!

- A tak to! To znaczy będzie miał, bo mu się powoli robi, to znaczy może się zrobić. Czy pani daje mu jeszcze smoczek?

- Nnnnoooo.... Czasem.... Do snu tylko.... Rzadko bardzo....

- No właśnie! - triumfuje pani - to od tego! I pewnie jeszcze mleko z butelki pija?

- Nnnoooo.... Czasem.... Do snu tylko.... Rzadko bardzo.... - mam ochotę zapaść się pod brudny dywan w gabinecie.

- No to niech mu pani nie daje. Pożegnać się ze smokiem. Natychmiast. Kontrola za pół roku, rok. Do widzenia.

I wróciliśmy do domu. Patrzyłam na Dzidka z boku, z góry, pod światło, że czemu niby krzywy ryj ma mieć. No nie ma.

Wieczorem rzuciliśmy się z M. do biblioteki, przeczytaliśmy z pięć książek o pożegnaniu ze smoczkiem, w żadnej nie było nic mądrego. Rzuciliśmy się do internetu i żyć się nam odechciało. Zadzwoniliśmy do rodziców, spotkał nas szyderczy śmiech: No to teraz czekają was ciężkie czasy! Odzwyczaić od smoczka bardzo trudno. Współczucia, hehehe!

Jako rodzice partyzantcy, nie namyślając się zbyt długo, chwyciliśmy za nożyczki i obcięliśmy gumową część smoczka. Dzidek dostał do pyska wyłącznie plastikową nasadkę, bez spokojogennego, błogosławionego gumowego instrumentarium.

Podniósł wysoko brwi, wypluł smoka, obejrzał z każdej strony i pogodzony ze swym losem zamontował go sobie ponownie. Potem całą noc budził się i ryczał, a my z nim. Co godzina, cała rodzina, zalewała się łzami bezsilności.

Ale to tylko jedna noc. Następnej, Dzidek uznał, że nie zniży się do poziomu niemowlęcia i nie będzie ryczał z powodu uszkodzonego smoczka. I zasypia teraz dzielnie, jak mężczyzna. Nie grozi mi już koszmar każdej matki, że dziecko nie będzie mogło rozstać się ze smokiem do Bóg wie kiedy.

Czyli w tym tygodniu jego świat poszerzył się o dwie nowe umiejętności.

Umie wskazać, że długonoga, potargana blondyna z gołym biustem to "lala". No i ukończył kurs "Stress management dla zaawansowanych".

 

niedziela, 20 listopada 2011

przeprowadzamy się. chyba.

jak to z przeprowadzkami bywa, nigdy nie wiadomo, czy się uda i gdzie tak naprawdę wylądujemy. zastanawiamy się, co wziąć, co spakować, co podpisać „fragile”, a czego nie ocalać, ani od zapomnienia, ani od kurzu.

ale co z gratami? co z całymi kartonami słów? co zrobić ze starymi notkami o Juniorze?

bo zastanawiam się, czy bloga nie przeprowadzić w nowe miejsce, gdzie jest więcej światła, lepszy design i łatwiej by się czytało.

ale jest problem - nie można wziąć ze sobą starych notek.dodać do archiwum, bo ono może działać dopiero od pierwszej aktualnej notki. a archive retro non agit.

stare przygody Juniora, z brzucha i z wczesnych pieluch, mogę przekopiować, wpisać od nowa, pod znanym Wam, starym tytułem, dodatkowo oznaczając oryginalną datą powstania. żeby było wiadomo, że się tyczą prehistorii Juniora, a nie jakiegoś nowego dzieciaka.

albo mogę o nich zapomnieć. zostawić na tu na bloxie, a w nowym miejscu pisać tylko nowe.

zastanawiamy się, co wziąć ze sobą w nowe miejsce. czym się tu umeblować.

więcej figuratywnych zdjęć z corbisa? więcej grafik z someecards? a może parę zdjęć samego Juniora?

proszę o komentarze, albo zagłosowanie na http://www.facebook.com/projektjunior

dzięki!

piątek, 18 listopada 2011

- O, jaki mały klient! - powiedział w księgarni ubrany na szaro starszy pan pochylając się nad Dzidkiem i głaszcząc go po głowie.

- Może krzesło chcecie? Taki taboret na przykład? - powiedział właściciel księgarni, w której było tyle ludzi, że nie było gdzie przycupnąć, ale gotów był oddać własny stołek przy kasie swój.

A trzeci pan, młody, w okularach, nic nie mówił, tylko mrugał do Juniora, a Junior do niego, bo pan był przy kompie, a teraz młodzież to bardzo zaawansowana technologicznie i wszystko musi widzieć, na palce się wdrapać i na desktop zajrzeć.

A potem była pani, która siedziała na kanapie przy innych paniach i opowiadały o książce. Pani, która ją napisała, o niej mówiła, a pani, która nie, to ją czytała. A potem głos zabrał pan od tej pani, co napisała i powiedział, że większości nie przeczytał, ale za to zrobił zdjęcia jako ilustracje i jak już zobaczył w druku, to mu wyszło, że się pani pisanie i jego zdjęcia świetnie zgrały, że mają takie same wspomnienia i podejście do tematu.

A tematem było ich wspólne dziecko. To znaczy nie tyle dziecko osobowe, wymienione z imienia, to konkretne, ale dziecko jako przełom, jako zmiana, jako wyrwa. I jak to jest mieć dziecko i usiłować ocalić siebie. I tłumaczyć dziecku świat i przez to tłumaczyć go też sobie. I że dziecko wszystko zmienia, a człowiek przecież nie chce zmieniać swego życia, jeśli je lubi. Ale choć spotkanie poświęcone książce "Dziecko? O matko!", to najczęściej padały słowa nie - matka, dziecko, macierzyństwo - tylko: ironia, dystans, współczesność, miasto, tobołek, kawaler, osobny.

I nikt nie zgrzytał zębami, nikt nie przewracał oczami, nikt nie syczał. Dużo bardzo jest już ludzi z okowów frustracyjnego macierzyństwa i klątwy przywiązania do pieluch uwolnionych. Coraz więcej matek nie tyle matkuje, co współtowarzyszy swoim dzieciom. Coraz więcej kobiet widzi, że narodziny są nie tylko stratą i redukcją, ale mogą być wejściem na nowy poziom. Lepszy? Gorszy? Nowy.

Ja słuchałam, a Dzidek nudził się już trochę, bo przez pół godziny słuchał o rewolucji zostania matką, ale potem już mu obmierzło i zapatrzył się na maszynę do mieszania czekolady, na jej wielkie mieszadło, które chlapało słodkim błotem po ściankach, więc kwiczał radośnie na ten widok i parskał też, a wszyscy byli bardzo kulturalni i nikt się nie obruszył, choć Bóg wie, co sobie o Dzidka manierach pomyśleli.

Przemknęło mi przez ułamek sekundy przez głowę, że targanie Dzida na spotkanie autorskie w czwartek wieczór to może nie najlepszy pomysł. W końcu to przecież pora Beaujolais Nouveau, trzeba było go wziąć na degustację wina młodego jak on sam.

Ale zamiast tego siedzimy, Dzidek chce się bawić przyniesionym z domu psem, zachęca do tego czytelników przy stoliku, panie na kanapie i pana z wielkim fotoaparatem. Chce się dostać na kanapę, ewidentnie na kolana autorki i do mikrofonu. Chce się wdrapać na stolik obok, na którym ktoś nieopatrznie zostawił filiżankę kawy. Chciałby, żeby ten pan w szarej marynarce, który siedzi przed nami, przesunął się odrobinę, żeby Dzidek mógł podejść bliżej do Pani z frapującym naszyjnikiem, który bardzo syna kusi. Pan się nie denerwuje na Dzidka szturchanie, głaszcze go znów po głowie, po policzku smyra, min nie robi, nie wyrzeka, że te dzisiejsze dzieci, że matka w domu powinna siedzieć, a nie dzieci po knajpach włóczyć.

W końcu wieczór poświęcony matkom dzieciom, nie?

Ciekawe, co z niego zapamiętamy? Ja słowo "ironia" jako mantrę współczesnego wychowawstwa i potwierdzenie mody na wzięcie matkopolskiego macierzyństwa w cudzysłów. A Dzidek? Słodkiego rogalika, którym został skorumpowany, żeby nie śmiać się za głośno i pana w szarej marynarce, któremu patrzył w czarne oczy, gdy prosił, by go dopuścić do mikrofonu.

Miejsce akcji - Księgarnia Czuły Barbarzyńca

Wystąpili:

Pani, co napisała książkę - Agata Passent

Pan, co robił zdjęcia - Wojtek Wieteska

Pani, co czytała książkę - Magda Smalara

Właściciel, co chciał oddać swój stołek - Tomasz Brzozowski

Pan w marynarce - Daniel Passent

sobota, 12 listopada 2011

Synu, dziś narodowe święto. Niepodległości. Dlatego nie możemy pójść na spacer codzienną trasą. Nie będziemy łazić po naszych zakamarkach, szlifować przydomowych bruków. Nie zatrzymamy się na kawę, gdzie jak zawsze w weekend ty litościwie usypiasz w wózku z otwartą buzią, a twoi starzy siedzą z tobą w ogródkach kawiarnianych, zakutani w koce polarowe z Ikei, z kubkiem parującej dużej białej w jednym ręku i umiłowaną gazetą w drugiej, bo to jedyny moment, kiedy na chwilę odpadasz, przechodzisz w tryb stand by, gil zastyga ci na zimnie w połowie drogi od nosa, ale zaliczasz spacer na świeżym powietrzu i wszyscy są uszczęśliwieni.

Nie będzie tak dziś jednak, nie posiedzimy przed żadną z naszych placówek kulturalno-oświatowo-kawowych, nie będziesz biegał i zaczepiał kapel ulicznych, kloszardów i innych dzieci. Nie będziesz sprawdzał, czy zaparkowane w centrum, na chodniku auta mają dobrze przymocowane rejestracje, czy może jednak da się je oderwać. Nie będzie ci wolno walczyć z innymi dzieciakami o zabawki i kredki w kąciku dla dzieci, kiedy rodzice będą omawiać te bardzo ważne sprawy i te zupełnie błahe też. Nie będzie ci wolno robić tego wszystkiego, co robić chcesz zawsze.

Dziecku ponoć potrzebna rutyna i poczucie bezpieczeństwa - dziś nic z tego nie wyszło dla twojej szanownej osoby, drogi Dzidku. Dziś jest dzień podległości, rezygnacji i ustępowania z drogi. Nawet raport o tym w TVN przygotowali i w BBC napisali.



Zabierzemy cię zamiast tego do odległej, bezpiecznej dzielnicy, gdzie i tak będzie bardzo dużo ludzi w szalikach i będziemy się dziwić, że kiedyś to się nosiło szalik na szyli albo na torsie, a teraz to młodzież nosi na twarzy, na brodzie i nosie zwłaszcza. I że wszystkie mają takie kolory jak kluby piłkarskie niektóre. I że taka to moda teraz i taka młodzież, a my już widocznie nie nadanżamy za teraźniejszością.

A po drodze do domu będziesz zachwycony, bo będziemy stać w wielkim korku i policjant przez okno będzie tłumaczyć ci, że miasto zablokowane, nie mogą państwo przejechać, proszę tędy, proszę się tu nie ładować, tam się dalej leją. I będziesz odwracał głowę, bo mnóstwo będzie niebieskich świateł migoczących, świateł wyjących kogutem, synestezja taka, barwne słyszenie ci się włączy. I autobusy będą miały pozamykane drzwi i włączone awaryjne i nie będą chciały zabierać pasażerów, choć benzyny w bród i pasażerów z szalikami i flagami na kijkach też. I że wieczór, a ludzi mnóstwo na mieście, choć się chyba boją chodzić po ciemku sami, wiadomo - miasto nocą, w łeb można dostać, więc będą chodzić czwórkami, czternastkami, czterdziestkami nawet, bo widocznie razem raźniej i się człowiek mniej w watasze boi.

I powiemy ci do snu, jak już będziesz po usypiał, że są zawsze dwie strony medalu. Że rano część oficjalna, prezydent, premier, wszyscy święci, uroczystości przy Grobie Nieznanego Żołnierza, nie ma jak pompa i jest w ogóle bardzo pięknie. Ale że też inni chcą po swojemu poświętować, bez pompy już, bez klasy i bez pomysłu raczej, za to z opcją na dowalenie wszystkim i wszystkiemu. I że po ulicach mogą chodzić łyse karki, szalikowcy i bandyci. Lewacy, anarchiści, cała antifa i że do tego przyślą posiłki z Niemiec, co niektórzy politycy wyjaśnią, że to skandal, że oto przybywa Niemiec bić Polaka w dniu jego narodowego święta.

I że to nie jest takie proste, jak opowiadają w telewizji, że rozróba i chuligani i że wielkie halo, bo wóz transmisyjny spalili. Bo wszyscy się ekscytują, że dwie demonstracje, policja i bolszewika goń, goń, goń. A może warto z tobą też, synu, pogadać, co z tymi oburzonymi, co z tymi bez pracy, bez perspektyw, bez przyszłości. Z tą buzującą frustracją, z tą beznadzieją, z tą agresją i żalem. Z tymi, co są na marginesie i na oucie - i zjednoczona Europa nie ma na nich pomysłu i że ta młoda, wściekła fala szuka ujścia i przyjeżdża na demonstracje, miesza się z chuliganerią, chwyta płyty chodnikowe i podpala cały świat, Nowy Świat.

I że jak mamy wolność i niepodległość, to ulice są dla wszystkich. Dla tych, co ich lubimy, i co nie uwielbiamy też. I że o to z tą wolnością chodzi. I że jak chcesz, to sobie możesz pomaszerować z jednymi czy drugimi, a jak nie - to sobie siedzisz w domu. I niestety musisz na siebie uważać, bo możesz oberwać cegłą w łeb albo armatką w plecy i to jest ta cena. A do tego to jednak nie możesz maszerować, bo ci matka nie pozwala i dopiero sobie pójdziesz dokąd chcesz, jak skończysz osiemnaście lat, a teraz pij, gówniarzu, mleko i słodko śpij.

piątek, 04 listopada 2011

W mojej rodzinie jest tak, że jak delikwent ma urodziny, to zawsze też ściska się i całuje na tę okoliczność jego matkę, co to poczęła, umordowała się i na świat wydała. Bo te urodziny to przecież też jej rocznica, jej święta wielkiego i ponownego narodzenia.

I cieszą się rodzice, dziadki, znajomi, sąsiedzi, bo oto nowe małe jest na planecie i bardzo się wszyscy na nim skupiają, i jak to się teraz mówi - po fenomenalnym lądowaniu kapitana Wrony - uwagę mają zwróconą do wewnątrz.

Ale nie wszyscy.

TVN i Fakt nawet pokazały dziś, jak Zbigniew Ziobro odbiera żonę i dopiero co narodzonego synka ze szpitala.

Więcej zdjęć tu.

Wszystko pod okiem kamer, sitem mikrofonu, fleszy błyskiem. Wiadomo, ocieplanie wizerunku, uczłowieczenie technokratycznego europosła, wszystko to świetny zabieg speców od marketingu politycznego, z pewnością wzmocniony niedawnym podobnym wydarzeniem u państwa Sarkozych.

Ale tu mały Jaś Ziobro dzierżony jest przez ojca jak trofeum, jak gadget, jak artefakt, wokół którego buduje się nową narrację powyborczą w atmosferze secesji w Prawie i Sprawiedliwości. Dziecko jak kotylion. Dziecko jak dzida. Na ramię broń, prezentuj broń! Do ręki maxi cosi, do kamery zbliżenie, setka jest, w główym wydaniu pójdzie!

Dzieckiem się macha w charakterze maskotki, nie oburza mnie to nawet, taka filozofia rodzicielska widocznie, mały celebryta rośnie, przez rodziców do celów politycznych wykorzystywany, choć kikut pępowiny pewnie jeszcze mu nie odpadł.

Ale oburza mnie bardzo, że za dumnym ojcem, który w swoim żywiole bryluje przed kamerami, gdzieś tam z tyłu, dwa kroki, trzy kroki nawet, sunie powoli osłabiona, ewidentnie wykończona matka od tego dziecka.

Wystylizowana, pełen makijaż, szpilki i brak jakichkolwiek szpitalnych klamotów, typu torby, pieluchy, kółka poporodowe, które psułyby sielski obrazek - wszystko było przygotowane na ustawkę z mediami. Ale nie pomyśleli, że mąż/ojciec powinien położnicę pod ramię wziąć, do auta zaholować, gratulacje publicznie i do kamery przekazać, jak facet się zachować, prawie i sprawiedliwie.

A tu nic. Lezie więc powoli, zmęczona, sfatygowana, choć upiększona przecież, matka w burzy hormonów. Młoda kobieta, co to jej się właśnie dziecko urodziło i świat cały przekonwertował się i zwariował całkiem. Niedawno młoda, ostra, bullterrierowa dziennikarka, Pati Koti, siejąca postrach i zniszczenie. Teraz - bidula zredukowana do zużytego opakowania po dziecku, jak my wszystkie tuż po porodzie.

I choć nie uwielbiam jej ani trochę za niesławne wyczyny zawodowe, to jest mi jej dziś bardzo żal, że ją stary tak potraktował, tak uprzedmiotowił, tak nie zadbał, tak pomiótł. I do tego cała Polska na to patrzy.

Spuczucia, kobieto.

Może inne - te w oczekiwaniu - popatrzą na zdjęcia i nakładą do głowy swoim starym, że po rozpakowaniu to się trzeba wobec żony szarmancko zachować, wesprzeć dobrym słowem i ramieniem, a nie odebrać całą radość i splendor z okazji narodzenia.

Może inne ojce zachowają się jak ludzie.

środa, 26 października 2011

Po drodze przyszedł czas na rutynową wizytę Juniora w stacji tuningowej.

Trafił się akurat dyżur tzw. doktora Operatora, który własnymi ręcami nam naprawił Dzidka (poprzednia wizyta u innego doktora trwała bardzo krótko, a do tego zaraz potem doktor umarł i tyleśmy go widzieli), a to dobra wiadomość, bo za każdym razem jest kto inny na dyżurze i to zawsze wielka niespodzianka dla obu stron - z kim spędzamy dzisiejszy dzień?

Poprzednim razem doktor Operator widział Juniora, jak ten był mały jak bochenek chleba.

I potem może jeszcze raz czy dwa, w przelocie, na tzw. oddziele, na kontroli jakiejś rutynowej, podczas bitwy warszawskiej 2011, czyli w pawiu królowej, ale to było tylko takie tam, przybicie piątki i to dawno, dawno temu.

A teraz proszę - Junior ma prawie metr średnicy, chodzi, gada, buty wiązane nosi, ajfona używa i w ogóle bardzo jest już do przodu. Ciekawe, czy go doktor pozna?

- Dzień dobry, doktorze!

- A dzień dobry! To wy?

- Ta, to my. Pamięta nas pan doktor? To Junior. Wtedy był mały, a teraz duży.

Ale doktor nie musi patrzeć w kartę, czytać epikryzy. Patrzy Juniorowi w oczy i mówi:

- Jasne, że pamiętam. To mój pacjent, który umierał każdego dnia.

A potem każe nie zawracać głowy i przyjść za rok. Tadam! I że będzie pamiętał.


poniedziałek, 24 października 2011

- Kochanie, na zakupy idę, rajtki Dzidkowi i sobie muszę kupić.

- Jasne, ale chyba nie idziesz TAM?

- Tam?

- No wiesz, no w TO miejsce.

- A, nie, nie. Tak nie chodzę, że aż zapomniałam, że nie chodzę. Ale znowu nie pójdę. Dokądś indziej pójdę, wiesz?

Bo od pół roku nie zgadzamy się już robić zakupów w firmie, która uparcie miała nadzieję, że Junior będzie dziewczynką.

Nie i już. Beton. Bez ich rajtek, majtek Dzidek się obejdzie i pół rodziny naszej, i pół znajomych też. Phi!

I już prawie zapomnieliśmy o tym przykrym incydencie (phi!), gdyby nie trzy nowe zjawiska (poza brakiem rajtek, ale on jak wiadomo nowy nie jest), które zbiegły się w czasie, a więc mam prawo uważać je za znak od Boga.

Są to oto jednocześnie :

- nowe komentarze pod starą historią o tym, jak dział marketingu pewnej dużej firmy odstrzelił sobie na własne życzenie połowę klienteli, za które naturalnie dziękuję;

- nasilona, nowa odsłona kampanii produktowej w tym sezonie - nie znam jeszcze najnowszych wyników badań telemetrycznych, ale Calzedonia przypuściła zmasowany atak na media nasze elektroniczne (masowe). Co kilka chwil śpiewa do mnie Billy Joel, a firma przypomina, że miała nadzieję, a ja jako klientka ich zawiodłam, i Junior ich zawiódł, ale oni w tej nadziei nie ustają, może jednak, może coś;

- zadziwiające dla mnie wyniki prostej kwerendy. Wpiszcie please do Google'a ich najważniejszy slogan w 2011 - "mamy nadzieję, że to będzie dziewczynka". Albo i to, i samo "calzedonia" wpiszcie. 

I jaka strona pojawi się na szczycie wyszukiwań? Którą ze stron Google proponuje jako pierwsze źródło informacji o tej kampanii?

Stronę firmową Calzedonii? Nie.

Link do reklamy na youtubie? Też nie.

Fun page marki na Facebooku? Skadże.

Nie.

Pierwszym źródłem informacji o jednej z bardziej eksponowanych kampanii reklamowych tej jesieni jest Projekt Junior.

 

Gdybym pracowała jako PR-owiec dla nich, to już bym nie pracowała.

Tymczasem S. nosi pod sercem chłopca, niedawno C. zostali rodzicami synka (nota bene oba chłopaki mają na imię tak, jak Junior).

Za to Calzedonia milczy. Oni po prostu nadal mają nadzieję, że to będzie dziewczynka.
  

niedziela, 23 października 2011

Jedzie król.

Obuty jak się patrzy. "Nie pozwolę, żeby moje dziecko chodziło w złych butach! Dobre musi mieć, najlepsze, elegancja się od butów zaczyna i zdrowie też! Łachy na grzbiet proszę bardzo, ale but to podstawa, kupujemy!"

W lanserski szalik zakutany. "Kratka do pasków, tak się nosi, albo emo paski do kratki, no grunt, że nie w misie-pysie psychodeliczne jakieś, tylko w normalne, męskie szaro-czarne pasy smutne takie, kupujemy!"

W świetną kurtkę wbity. "Mamusiu, ale niespodzianka, no kurczę, jak Dzidek wygląda w tej kurtce od ciebie, no po prostu jak tap madl!"

Mój syn - ubrany z nienachalnym luzem, na zasadzie "tak se znalazłem takie rajtki i bluzę, to se w nich chodzę", męsko, szaro-buro, miejsko i czarno-czarno. Psuć go nie chcę, ale patrzę chwilami na gościa i myślę sobie - gdyby nie był mój i gdybym nie była taka stara, to bym się za nim na ulicy odwróciła.

- Bosz, sam bym taką kurtkę chciał mieć! - wzdycha smutno M.

I ma rację. Bo oto jedzie w wózku król, a wózek pcha rodzicielska starzyzna - szarzyzna. Oboje w starych kurtkach, paltach, w zjedzonych przez mole ukochanych szalikach, swetrze z poprzedniego millennium i przywiezionych z podróży przedślubnej portkach. Wyglądamy przy Dzidku jak kloszardzi, jak top menel, jak dwoje ubogich krewnych, którymi zresztą dla niego przecież jesteśmy.

Wszystko dla dziecka, wszystko dla Dzidka, a my jak te obdartusy przy nim. Tragedia, bida z nędzą, przecena i outlety sprzed pięciu lat.

- Wiesz, ja też, jak byliście mali, ładnie was ubierałam, żeby nawyki wam powyrabiać - mówi moja mama.

- No ja też mam nadzieję, że w Dzidku wyrobię. I choć teraz mu wszystko jedno, to może z czasem nawyknie, nasiąknie, design doceni.

- No ja, też miałam z wami taką nadzieję, wiesz... - śmieje się mama.

 *     *     *

Kilka dni później we Wrzeniu Świata zamawiamy kawę - Dzidek litościwie śpi, mamy chwilę dla naszego małżeństwa, czyli każde z nas zatapia się w książkach, książkach, książkach i siedzimy tak sobie w absolutnej ciszy, szczęściu i błogości. Z Dzidkiem, ale w opcji mute. Mamy mało czasu - więc po książki sięgam bardzo prędko, impulsywnie, odruchowo. Nowa Grzebałkowska, esej o czytaniu, esej o pisaniu, bardzo nowy Edgar Keret dla dzieci, całkiem stary Mamadou Diuf dla dzieci, no odruchowo wszystko dla dzieci.

No i oczywiście kultowy już "D.E.S.I.G.N." Ewy Solarz - dla dzieci, no bo jakże.

O książce więcej u "Dwóch Sióstr". Ale oczywiście to tylko kamuflaż, bo nie jest to książka tylko dla dzieci - dobry jest to pretekst dla każdego dużego, żeby ponadrabiać zaległości w klasyce i umieć ponazywać i świat wokół siebie, ooczytać o Thonetach i Pantonach bez zadęcia, snobowania się i nabożnego podziwu, tak żałosnego u dużych, aspirujących. Żałuję, że Dzidek za mały - ale jak tylko troszkę podrośnie, dostanie do czytania i autoinspirowania.

Przy okazji designu - na trasie Dzidkowych spacerów wyrósł nie tak dawno temu nowy punkt orientacyjny (nie, tym razem nie jest to kawiarnia ani knajpa).  Sklep z łazienkami nam wyrósł!

Ulica Chmielna jak ta szara naga jama, bura i ponura, a tu przyczajony siedzi skandynawsko-nowoangielski, jasny bardzo punkt. Proste, jasne, białe, czyste wszystko. Esencja łazienki. Trochę sprowadzanego, trochę ekskluzywnego, najfajniejsze jednak rozwiązania "second chance", czyli tchnięte nowe życie i świeże pobielenie.

Spędził tam Dzidek parę miłych chwil i mrugając do mnie okiem dał tajemny umówiony sygnał, że akceptuje moją wakacyjną decyzję co do koncepcji nowego stolika w salonie. Kto wejdzie do tego białego miejsca i spojrzy w okolice kasy, będzie wiedział o co chodzi.

Więcej zdjęć i przede wszystkim więcej pomysłów na purystyczny, prosty design na stronie A&A Bath, czyli http://dwieagnieszki.pl/. Ładnie się tam Dzidek komponował, w czerni swego stroju zwłaszcza. Nasiąka chłopina memami dobrego wzornictwa. 

Tylko jeszcze ci ubodzy krewni, cholera...

środa, 19 października 2011

Patrzę na ostatni wpis o Dzidku w kinie i myślę sobie, bosz, jak to było dawno, jak to było p.n.e., kiedy chodziło się w szortach i wszystko było inaczej, wszystko było odwrotnie.

A potem zaraz pojechaliśmy na wytęsknione wakacje, na których Junior dokonał skoku cywilizacyjnego, miał dużo przygód i tyle samo happy endów, przełomów i ekskawacji, wzlotów i wzlotów, komicznych i kryzysowych sytuacji - o kilku zaraz będę pisać, już zaraz prawie, żeby jakiś ślad był, że Junior podbił Azję Mniejszą i że nas nie zapraszają za rok.

Ale pointa tych zawsze za krótkich wakacji była taka, że prosto z samolotu trafiłam do tzw. hoszpitala. Moją ówczesną torbę powinni wybebeszyć w jakimś piśmie dla kobiet, na przedostatniej stronie, pod tytułem, sekrety torby mamy Juniora. Nie miałam mydła i szamponu (wylałam przed odlotem, żeby nie wieźć daremnych litrów w nadbagażu), szczotki do zębów (nie mam pomysłu, gdzie zaginęła), ani najpotrzebniejszego i nawagęzłota na oddziale papieru toaletowego - miałam za to olejek do opalania z faktorem 1500+++, pół kilo piasku, bardzo ozdobną bransoletkę, o którą kłócę się z synem, 2 foremki w kształcie rozgwiazdy, kilo chałwy, buchniętą ze stołówki nietłukącą szklankę, 2 kostiumy, w tym jeden profesjonalnie pływacki.

A kiedy było mi smutno, chodziłam w bluzie skapturem pachnącej dalekim morzem i wsuwałam stopy w buty, w których pełno nadal piasku, a panie salowe nawet się nie gorszyły. Z obserwancji moich wynika, że człowiek w szpitalu to pół nieszczęścia, ale człowiek w szpitalu w rozdeptanych kapciach, obwisłym szlafroku i nieseksi piżamie to już po prostu nieszczęście full opcja. Prezentowałam się więc białemu personelowi w spodniach do jogi, ledżinsach, małych czarnych i dużych czarnych i uważam, że taki dress code pomaga na psychikę, bo od razu człowiek czuje się nie chory, tylko usanatoryjniony po prostu.

W ogóle szpital i rozmowy z pacjentami bardzo prostują życiowo i stanowią inspirację do pisania bloga medycznego, takiego jak u Morfeusza, ale z drugiej strony wenflonu, co też kilka osób życzliwie mi tu podszeptuje.

Do tego perspektywa ciała przykutego do łóżka i kroplówek nastraja bardzo filozoficznie i człowiek bardzo dużo myśli o życiu i innych ważnych rzeczach. I się nie poddaje, zwłaszcza jak dostaje tyle smsów, telefonów, a nawet wizyt w osobie własnej - wiadomo, że jak ma się publikę, to się nie zrzędzi, tylko się opowiada, że wszystko będzie dobrze i aż człowiek sam zaczyna się do tej opcji przekonywać. A do tego - niesamowite, że ci / te, co nigdy bym nie pomyślała, to przyszli, byli, pisali, dzwonili i w komunikacji tej nie ustają po dziś dzień. A ci inni, bo byłam pewna, że tak, to jednak wymknęli się schematom i nie ulegli presji że coś tam, że chorych nawiedzać, o zdrowie pytać.

Ale o wenflonach, rodzinie, nawiedzinach i doktorach moich kochanych tu nie będzie, bo to  nie Projekt Rekonwalescent, tylko Projekt Junior, więc powiem Wam tylko, że kiedy było mi bardzo smutno, M. przysyłał mi zdjęcie Juniora, żebym wiedziała, jak moje dziecko aktualnie wygląda i że nadal nogi ma czekoladowe, a podeszwy stóp białe; albo, że ma nową kurtkę, bo już jesień przyszła; albo że M. & J. wzięli Juniora na przechadzkę z wózkiem, żeby mąż mi mógł prowiant na oddział dowieźć oraz dobre słowo też.

I wszyscy mnie pytali, czy J. tęskni do mamy. A nikt, czy ja za Juniorem nie tęsknię.
M., moja mama i niania mówili, że on niby nie tęskni, bo ma dużo atrakcji i life goes on, ale woła mama i telefon obślinia i całuje, kiedy dzwonię i na głośnomówiącym mówię głośno właśnie, że tęsknię i opiekuj się tatą synku, i kurde daj mi już ojca do telefonu.

I wszyscy mnie pytali, czy się ucieszył, kiedy mnie wreszcie puścili i stanęłam przed nim na szpitalnym dziedzińcu. Czy się uśmiechnął? Czy się zdziwił? Czy się uradował?

Nie.

Zaczął na mnie strasznie, po prostu strasznie krzyczeć.

A jak już zrobił dziką awanturę, to zaczął rżeć z radości. Nie - śmiać się, nie - chichotać. Rżeć z radości. I pojechaliśmy do domu, do kuchni, do życia, do bloga.

Jestem spowrotem. I już zostaję.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
" />
Projekt Junior

Promote Your Page Too