od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009
RSS
niedziela, 28 lutego 2010

Pierwsze chwile z Juniorem upływają bardzo spokojnie. Leżę plackiem, nie wolno mi nawet podnosić głowy. Kto więc zajmuje się noworodkiem? Położna? Pielęgniarka? Nie, świeżym takim drobiazgiem zajmuje się ojciec. Widzę M., jak stoi w progu sali pooperacyjnej, a progu pod żadnym pozorem przekroczyć nie można, bo bakterie, więc stoi w tym progu, z Juniorem w kuwecie na kółkach i się nasza więź rodzinna tworzy.

Cieszę się strasznie, że już po, że już Juniora mamy w garści i nie mogę pozbyć się takiego poczucia, że gdyby te rokowania rzeczywiście były takie słabe, to Junior trafił na świetnego tatę i dadzą sobie radę.

Ale na razie zajmuje nas proza życia – do szpitala wzięłam rzeczy dla siebie („Jak za parę dni będzie poród, to mąż pojedzie i dowiezie, spokojnie pani zdąży”). W związku z tym, świeżo urodzony Junior chowany był w iście mesjańskim stylu, jak w kolędzie Jezus Malusieńki  („…bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła, którym dziecię owinąwszy siankiem go okryła”). Nie miałam rąbka, nie miałam rożka, ani kocyka, ani niczego przecież z sobą nie wzięliśmy, więc pierwsze chwile Junior spędził grzejąc się pod ręcznikiem kąpielowym z Ikei i moja fioletową koszulą nocną z falbanką u dołu.

Mam nadzieję, że mi to kiedyś wybaczy i nie wpłynie to znacząco na jego gust.

Po jakimś czasie odwiedziła nas też doktor B.:

- No i jak się pani czuje?

- Dziękuję, dobrze.

- Dobrze??

- No w sumie, to czuję się słaba jak kot szmaciarza.

- No właśnie. A malutki jak? O Jezu, jaka pyza! Duży?

- Duży, cztery kilo. I do tego beczy. Jak koza – beeee.

Doktor B. zaśmiała się – pewnie inne matki mówią, że ich dzieci kwilą jak ptaszęta. I mówi:

- Wie pani, mój synek to też zawodził, jak stary Żyd zupełnie – ajajajajajaj.

Czyli wcale nie kwilą. Te potwory się drą, zawodzą, jęczą, ale wcale nie kwilą. Wieczorem Junior dał głos – rozdarł się całą paszczą, z takim wysiłkiem i zapamiętaniem, że zrobił się czerwony, spuchł, spocił się niemiłosiernie, aż mu się przykleiły do głowy wszystkie jego czarne włosy i wyglądał, jakby wyszedł z wanny.

Patrzę na tego dzieciaka i patrzę i myślę sobie, że ten, kto powiedział, że wszystkie noworodki są słodkie i śliczne, kwilą, gruchają  i słodko pachną, był w tzw. mylnym błędzie.

12:22, czula_b
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 lutego 2010

Przybyliśmy do szpitala, pod okienko izby przyjęć zgodnie z planem. Plan był taki, żeby połozyć się na parę dni, przebadać z góry na dół i oczekiwać pojawienia się Juniora. Zapowiadało się cudownie -  kupiliśmy masę gazet, ciastek, smoothiesów owocowych i czego to dusza ciężarnej zapragnie i zainstalowano mnie w szpitalu. Od razu komplet badań, wszystko super, książkowo, dano mi jeszcze biały outfit - poczułam, że pewnie tak jest w prawdziwym SPA i bardzo byłam zadowolona. Do czasu.

Bo jakoś tak po godzinie czy dwóch zaczęło mną telepać i trząść. Pomyślałam, że to pewnie ze strachu przed szpitalnym otoczeniem. Ale pojawiła się gorączka, która rosła i rosła, a moje ciało trzęsło się coraz bardziej, jak na karnawale w Rio. Lekarze się zbiegli i miałam wrażenie, że zajmują się mną jakoś bardziej niż dziewczyną obok, której odeszły wody i zaczynała rodzić.

Zawołano doktor B., która do tej pory opiekowała się Juniorem w brzuchu i która baardzo spokojnym głosem powiedziała, że wyniki badania krwi wskazują, że dzieje się coś niedobrego, więc przy mojej gorączce i tym wszystkim, zaprasza mnie na stół operacyjny, jak tylko skończy się poprzednia operacja. Dobrze, że już siedziałam, bo bym chyba usiadła z wrażenia.

Musiałam jeszcze podpisać parę papierów (kogo powiadomić w razie śmierci, że się zgadzam na zabieg i liczę z konsekwencjami, że rokowania są średnie i takie tam) i wtedy dotarło do mnie, że sytuacja jest taka sobie. Tak naprawdę to mieliśmy z Juniorem szczęście, bo od razu byliśmy na miejscu i błyskawicznie się nami zajęli.

I rzeczywiście, chwilę później wmaszerowałam na salę operacyjną. M. przytulił mnie i ucałował bardzo mocno.

- Co tak pan tę żonę całuje? Wróci, wróci! - powiedziała lekarka i drzwi się zamknęły.

Zaczyna się - ja vs. ośmioro zawodników w zielonych strojach. Leżę na stole i boję się, że spadnę, bo wąsko, a do tego strasznie trzęsą mi się nogi.

- Doktorze - nawiązuję kontakt - strasznie trzęsą mi się nogi. To ze strachu chyba.

- Proszę się nie przejmować, jest pani bardzo dzielna, to nie ze strachu, ale raczej od leków, które tu pani podajemy. To te leki tak działają, że się nogi trzęsą - odpowiada spokojnie człowiek, którego twarzy nigdy nie poznam - widziałam tylko krzaczaste brwi. Ucieszyłam się bardzo i dopiero po operacji do mnie dotarło, że żadnych leków nie było i po prostu musiałam się telepać ze strachu, a doktor był dżentelmanem.

Chwilę później dostałam zatrzyk, przykryto mnie zielonymi szmatami tak, że nie widziałam nic poniżej szyi, za to poczułam, jakby mnie masowano po brzuchu, co było całkiem miłe.

Ciekawi samej procedury C-sekcji na pewno sprawdzą sobie tego i tego linka, a do tego obejrzą fajną animację na tubie.

- Doktorzeeee, pizzę przywieźli! - na salę weszła jakaś kobitka.

- Yyyy, kurczę, teraz już? Przecież dowożą w ciągu 40 minut. No dobra, dobra, już idę, minutkę.

No ale nie poszedł tak od razu. Za to po chwili, po kilku minutach usłyszałam, że drze się jakiś kot. Dobre, myslę sobie, niby tak tu sterylnie, a masz ci los, zwierzaki łażą. No i nagle nad tym parawanem pomachali mi taką mała twarzą z czarnymi włosami naokoło.

A ta twarz darła się i darła.

- ... to już? to moje? - no niestety, na lepszy komentarz nie było mnie stać.

- Tak, już. Pani. Płeć znać?

- Znać.

- Syn!

- Syn :)

Zabrali tego kota-syna na badania, ja sobie płakałam, lekarze szyli i plotkowali o koledze, który pierwszy raz w życiu założył garnitur i tak nam sielsko upłynęła godzinka.

A potem mnie wywieźli nogami do przodu, na korytarzu czekał oczywiście M., który w locie schwycił mnie za rękę i powiedział "Widziałem Juniora, widziałem!" i już byliśmy wszyscy razem.

I pomyślałam, że to już koniec.

A przecież to dopiero jest początek.

 

 

 

 

23:00, czula_b
Link Komentarze (7) »
piątek, 26 lutego 2010

Drodzy Fani, Kochani Czytacze, Wspaniali Wy Wspieracze,

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Po kilku przygodach, o których za chwilę, w kolejnej notce, mogę z dumą i ulgą napisać:

JUNIOR,

Tak, mamy już Juniora, w garści, przed sobą, na widoku. Zainteresowanych historią Juniorowego objawienia zapraszam - C.D.N i to szybko :)

17:23, czula_b
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 lutego 2010

Kochani Fani,

Przechodziłam dziś koło doktora i tak se zaszłam. Tak od niechcenia, zupełnie jak w ciążę. Planowa wizyta za tydzień, ale coś mnie podkusiło i już żałuję.

- No i co tam, jak się pani czuje? - zagadała pani doktor.

- No dziękuję, grubo dość.

- Ależ skąd, no świetnie po prostu pani wygląda. Tylko spuchnięta taka.

- Tak, spuchnięta, gruba, boli wszystko i w ogóle.

- To proszę pokazać wyniki badań, mierzy pani ciśnienie?

- Mierzę! Mówię z dumą i podaję pani doktor dzienniczek z wartościami RR i komentarzami, co się działo (ciśnienie w łóżku, po śniadaniu, po zakupach, po kawie, etc.).

- Jezu, coż to za wartości! Jaki skok wczoraj był! Przecież mówiłam, że jak tak podskoczy, to natychmiast na izbę przyjęć! - denerwuje się pani dr.

- Tak, wiem, ciśnienie jak z horroru wyszło, ale odczekałam parę minut i zmierzyłam znowu i chyba aparat się popsuł, bo za chwilę już było ok.

- Acha, no dobra, dobra, ale nie podoba mi się to... - mruczy pani dr i nagle obwieszcza:

- Ja to coś czuję, że zrobię na panią zamach!

No i ja już wiedziałam, co ona ma na myśli. I pobladłam. I nogi się pode mną ugięły. I na pewno ciśnienie skoczyło mi do 200/120.

Koniec końców, Junior jest duży już, ja jestem zmęczona i udręczona, ciśnienie mi rośnie jak dzikie i wszyscy się tą ciążą męczą, z M. na czele, bo musi znosić moje jęki i skamlenia.

Ledwo pozbierałam się z rozumem, a pani doktor dzwoni już do szpitala i informuje, że ja się tam jutro stawiam i żeby się przygotowali. JA. Ja się stawiam.

Żegnam się więc chwilowo i wybieram do szpitala. Planowany powrót z końcem tygodnia, ale już nie w dwupaku, tylko z dziecieciem na ręku. Jeśli w szpitalu będzie net, to będzie i raport z frontu, jak net niet, to niet.

Idę się zatem pakować, proszę o trzymanie kciuków.
Moi drodzy fani! Pozdrawiam Was ciule. So long!

 

22:22, czula_b
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 lutego 2010

Dostawa Juniora powinna nastąpić za jakieś 2 tygodnie - oczywiście +/-. Jeśli wda się w ojca, to przyjdzie na świat rano, żeby o 7.30 być już za biurkiem. Jeśli w matkę, to się spóźni (może do kwietnia, maja?) i na pewno będzie to wieczór.

Poszliśmy podejrzeć Juniora i upewnić się, że jest mu tam ciasno i niewygodnie, czyli tak, jak powinno być na tym etapie podróży. No i potwierdzić, że to na pewno syn – mnóstwo przecież naokoło historii o tym, jak to rodzice spodziewali się samca, a urodziła się samiczka, albo odwrotnie. Ostatnio na Facebooku znajomi komentowali narodziny pierwszego dziecka znajomych znajomych – w pierwszej chwili myślałam, że urodził się chłopiec, bo garderoba, łóżeczko, gadgety, wszystko takie męskie było. Ale z imienia ewidentnie wygląda, że to dziewuszka. Widocznie z USG tak jak z analitykami finansowymi czy prognoza pogody – przewidywania zawsze się sprawdzają, tylko nie zawsze w odniesieniu do konkretnej sytuacji.

Trzeba będzie jakoś w tej niepewności wytrzymać, dotrwać do końca.

Na ostatnie już chyba widzenie z Juniorem przez brzuch poszliśmy do ulubionego naszego doktora od brzydkich zdjęć. Od dziś może być znany jako Szybki Lopez, ponieważ samo badanie trwało z 2 minuty może.

- To zapraszam panią do gabinetu.

- A z mężem mogę?

- To zapraszam panią i pana do gabinetu.

Ani się obejrzałam, doktor już dzierży w ręku głowicę do badania i wyczekująco patrzy na mnie, stojącą w progu. Acha, dobra, drepczę szybko do stanowiska pracy, M. zajmuje pozycję dogodną do obserwacji ekranu szerokokątnego. Doktor przykłada głowicę do brzucha i robi kilka mazów, taki znak Zorro, raz dwa.

- O tu widać, parametry AC takie i takie, BPD takie i takie, FL tyle i tyle. Płeć znana?

- Znana.

- No tak, ewidentnie chłopczyk. Dziękuję, to wszystko. – i doktor zakańcza całą imprezę. Ale chyba mu się mnie żal zrobiło, żem taka ciężka, bo mówi do M.:

- No niech pan pomoże wstać żonie…!

Dowiedzieliśmy się jeszcze, że Junior waży prawie 3700 g, czyli tyle co 2 skrzynki mandarynek albo worek kartofli. I że jeszcze będzie rósł. Czyli będzie kolos z Rodos, nie ma opcji :SSSS O tym, że jego główka ma średnicę ponad 10 cm, czyli tyle co melon, którego M. kupił na sałatkę owocową, to nawet nie chcę myśleć ....

Przypominają mi się zajęcia z prawa, na których uczyliśmy się sto lat temu, że jeśli dziecko urodzi się w czasie trwania małżeństwa, domniemywa się, że pochodzi od męża matki i niejako z automatu w świetle prawa staje się jego dzieckiem. Jeśli ktoś uważa, że jest inaczej, wtedy się to domniemanie próbować obalić, etc., ale reguła jest regułą. Tu nie potrzeba żadnego domniemania – wystarczyło podczas badania spojrzeć na pysk Juniora.

Wygląda całkiem jak M., tylko że bez zarostu.

12:08, czula_b
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2010

Wczoraj G. i P. doczekali się córki - na razie znanej pod pseudonimem "Ludzik" :)

Pnieważ są nowoczesnymi rodzicami, małą można zobaczyć na Facebooku w chwilę po narodzinach (metoda mobile uploads) - swoją drogą, FB powinien mieć specjalną aplikację noworodkową, a mnóstwo nowych rodziców od razu zostałoby jej fanami, szczególnie w dzisiejszym baby boomie.

Tymczasem horoskop dla Ludzika, urodzonej ostatniego dnia znaku Wodnika, zwanego duchowym arystokratą, przedstawia się następująco:

"Kobiety spod znaku Wodnika są gospodarne, zaradne,pracowite, o wielkim temperamencie, szerokim horyzoncie myślowym. Interesują się wszystkim, nierzadko ujawniają się jako intelektualistki. Chwilowe niepowodzenia pokonują rozwaga, umiejętnościami współżycia w społeczeństwie. Często także przewodzą mężczyznom." - zapowiada się Ostra Siostra :))

I dalej - "Osoby spod znaku Wodnika cechuje spokój, szczerość, otwartość na towarzystwo, dobroduszność, która nieraz przynosi może zmartwienia. A ponieważ Wodniki są uprzejme, cierpliwe, spokojne, nie denerwują się, nieczęsto ujawniają gniew. Kobietę lub mężczyznę będących pod wpływem Wodnika, można także rozpoznać po zewnętrznym wyglądzie, albowiem przywiązują oni dużą wagę do wyglądu. Są zadbani o subtelnej powierzchowności, gustownie, a nawet elegancko się noszą." - będzie więc Ludzik elegantką :)

Więcej o Wodniku do poczytania także tutaj.

Niesamowite jest to, że jeszcze kilka dni temu widziałyśmy się z G., która spokojnie i cierpliwie oczekiwała pojawienia się Ludzika na świecie. Gdyby nie połknięta piłka w okolicach brzuszka, można by nie zauważyć ciążowości G. - idealna cera, super figura, zero nieprzyjemnych ciążowych zewnętrznych objawów. I do tego ten bijący z niej spokój i opanowanie.

Chyba każda (przyszła) matka jest boska.

14:57, czula_b
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 lutego 2010

Walentynki. Schemat w każdym polskim domu, w którym hołduje się amerykańskiej tradycji?
Nieśmiertelna triada: Kolacja. Kino. Łóżko.

U nas też tak, ale jakby nie – zaczęło się od kolacji. Jak pisałam w mailu do M. (sorry, że się powtarzam J ), banalny i ograny to pomysł, ale uzmysłowiliśmy sobie, że niedługo będziemy mieli małą, wrzeszczącą kulę u nogi, więc to pewnie już ostatnie podrygi i okazja do wyjścia we dwoje.

M. zamówił więc stolik w baaardzo lanserskiej i baaardzo ęą restauracji, czym zaimponował nie tylko mi, ale chyba nawet i sobie. Nawiasem mówiąc, następnego dnia miał tam meeting służbowy, więc obsługa przywitała go kordialnie. Czy zrobiło to wrażenie na rozmówcy M., tego nie wiemy, bo M. się jednak lansować nie lubi.

Podczas tej jakże romantycznej kolacji zorientowałam się, że jesteśmy najstarsi na sali (nie licząc butelek wina).  Stoliki zajmowały pary w niebezpiecznie odległym przedziale wiekowym 18-20 lat - byli to głównie megazestresowani i przestraszeni faceci, którzy zdecydowali się zaprosić swoje sympatie, jak sądzę, z zamiarem rychłego przeobrażenia ich w swoje nałożnice, głównie z pomocą walentynkowego menu.  Panowie byli więc megaspięci, a panie w parasylwestrowych kreacjach i makijażach też trochę się męczyły.

Ale nasza kolacja była świetna, bo afrodyzjakowa, lekko pikantna, ale lekka – czyli taka, jaki powinien być dobry związek i to nie pozamałżeński. Dzięki solidnemu argumentowi, jakim jest wystający brzuch z Juniorem, zmaltretowany nieco kelner zgodził się zmienić jazdę obowiązkową i wycofał surowe składniki z menu.

Potem wszystko się spieprzyło, bo poszliśmy do kina na film, który wybrałam ja sama, kierując się zasadą, że ciężarne powinny oglądać jak najwięcej komedii romantycznych. Nie idźcie, pod żadnym pozorem nie idźcie na „Walentynki” – będziecie mieli murowaną zwałę. No, ale myślałam, że ostatni seans, romantyczne okoliczności, środkowy element triady…

Po powrocie do domu – a była już grubo po północy, trzeba było ratować sytuację.
Więc co zrobiliśmy?

Włączyliśmy The Wire.

By the way, wszyscy nas pytają, jak nazwiemy syna.
Bardzo chcielibyśmy, żeby nazywał się Mc Nulty, ale się nie da.  Bo sprawdzałam.

środa, 17 lutego 2010

Co prawda F. zauważa bardzo bliskie związki Juniora z Chopinem, to jednak zdaje mi się, że to nie etiuda rewolucyjna jest utworem, którego Junior wysłuchiwał najczęściej przez ostatnie miesiące. To będzie Tom Waits.

Nasz świadek pożyczył nam kiedyś plik płyt na słotne zimowe wieczory. Jakiś serial o amerykańskich gliniarzach. Phi.

Ale tak się nam spodobało, że obejrzeliśmy kilkadziesiąt odcinków genialnego wprost serialu. Daily Telegraph ogłosił go "prawdopodobnie najlepszym serialem wszech czasów" i porównuje z dziełami Dostojewskiego i Dickensa - pełna i soczysta recenzja do poczytania tu. Variety napisało zaś, że "gdy spisana zostanie historia telewizji, mało co dorówna (…) serialowi tak niezwykle głębokiemu i ambitnemu, że smakowany może być jedynie przez nielicznych"full opcja tu.

Oglądamy więc serial namiętnie i bezrozumnie wręcz. Przy każdej okazji, o każdej porze, bez żadnych hamulców. W filmie – jak w życiu – nie ma soundtracku jako takiego. Za to każda seria rozpoczyna się interpretacją Waitsowego „Down in the Hole”, który rozkołysany przechodzi nam ciarkami po plecach. W ciągu ostatnich miesięcy słuchaliśmy tego tak wiele razy, że aż wstyd. Co oznacza, że Junior też to słyszał. Jeśli więc będzie potrzeba uśpienia go kołysanką, porzucimy banalne „Kotki dwa” czy ckliwe „Ach, śpij kochanie”, tylko puścimy mu dobrze znanego wuja Toma (tu wersja pełna, koncertowa).

Warto też przypomnieć, że o własną interpretację parę lat temu pokusił się Kazik. Wyszło bardzo zniewalająco, a jednak mocno słabo w porównaniu z oryginałem.

Ostatnio zrezygnowaliśmy z imprezy, żeby zostać w domie i pooglądać diabelski światek Baltimore.

W przerwie między odcinkami szykujemy kolejne posiłki.

- E, zjesz coś? - pytam męża.

- No, no, ja zrobię, ja zrobię. Co przynieść?

- A nie wiem, kanapki jakieś?

Robimy furę kanapek i pochłaniamy w ciemności, przed gorejącym złem ekranem.

- E, zjesz coś? - pyta mnie mąż.

- No, no, coś bym zjadła, ale co?

- A nie wiem, kanapki jakieś?

- Eee, kanapki. Coś na ciepło.

Idziemy do kuchni, a ponieważ wciągnęliśmy już kanapki, czipsy i wszystkie pochowane po skrytkach słodycze, nawet te przeterminowane, robimy kolację na ciepło. Dochodzi czwarta rano.

- Wiesz, kochanie, jesteśmy patologiczną rodziną - mówię do M. wyciągając talerze.

- Wiem, wiem - mruczy M. zdejmując z palnika dymiącą patelnię - Odbiorą nam dziecko.

 

00:01, czula_b
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 lutego 2010

Kontrolne USG na 2-3 tyg przed końcem brzusznego projektu Junior.

Pan doktor obrażony. Focha strzela od progu, nie odzywa się, nie patrzy, zły dzień jakiś.

Dobra, badamy - jeździ po brzuchu, ogląda Juniora. Ja ledwo oddycham - kiedy się leży na plecach, nie ma miejsca na płuca, bo brzuch z Juniorem w środku wszystko ugniata i można się udusić. Robię się lekko sina; czuję, że odlatuję z braku tlenu - ale nic nie mówię, bo doktor ewidentnie nie w sosie. Przeczytałam ostatnio w necie, że zwraca uwagę pacjentkom: "Co się pani tak nadyma jak żaba", więc wolę się nie konfrontować.

W końcu dwa głębokie wdechy i wyrzucam z siebie pytanie, byleby miało mało sylab:

- ...oktorze, a ...ożysko w...., w.... porządku?

- A co mi tu pani z łożyskiem wyjeżdża? Ja tu na parametry płodu, nie łożyska patrzę.

- ...o bo mam złe wyniki ostatnio (pauza na wdech) iiiiiiiii przeczytałam (celowo mówię, że przeczytałam, a nie że usłyszałam na forum jakimś plotkarskim), że przy takich a takich parametrach (pauza - iiiiiiii ), to łożysko może przestać dobrze pracować, (pauza - iiiiiii) więc pytam, czy dobrze pracuje, czy niczym to nie grozi, iiiiii?

- Grozi, nie grozi. Jak ma pani gestozę, to się leczyć trzeba.

- ...o wiem, że trzeba (pauza, iiiiiii) ale czy od tej gestozy łożysko nie ucierpiało, bo przecież może?

- E, nie, ale mówię, że ja tu na płód raczej patrzę.

No i kwas się zrobił. W końcu doktor na końcu próbuje zagadać:

- A płeć mówiłem?

- Że samiec.

- Tak, księciunio.

 

Żaba.

Księciunio.

Doktor chyba wie więcej, niż chce powiedzieć.

 

15:05, czula_b
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 lutego 2010

Dla wielu kobiet w ciąży bardzo przydatnym forum było "Ciąża bez lęku", administrowane przez Gazeta.pl, na którym ekpertem była Agnieszka Łojek-Ozga, lekarz ze szpitala Św. Zofii.

Ekpert odpowiadała rzeczowo i spokojnie na pytania nerwowe, czasem banalne, czasem śmieszne, ale najczęściej przepojone lękiem i niepokojem o rozwój ciąży. Nie unikała przykrych tematów, nei ignorowała błahych - wspierała, doradzała, rozwiewała wątpliwości.

Forum cieszyło się ogromnym zainteresowaniem - w odróżnieniu od wielu podobnych miejsc, gdzie porady dot. ciąży uzyskuje się na zasadzie "jedna pani drugiej pani", tu można było liczyć na fachową odpowiedź lekarza. Udało się wypracować formułę rzetelnego, kompetentnego forum wymiany informacji na temat zdrowia kobiety i przebiegu ciąży - naprawdę duży sukces.

Jednak od nowego roku forum trochę przygasło - pani ekspert przestała regularnie odpowiadać - wydawało się, że to przez święta, może przez urlop, przez jakąś niedyspozycję. Forumowiczki zaczęły dopytywać o powody tej ciszy. Ze strony administratorów - także cisza. Bez słowa wyjaśnienia, bez komentarza, bez przeprosin albo informacji, że forum się zwija. Po prostu cisza.

Dopiero 9 lutego admini zabrali głos, lakonicznie informując o "zakończeniu współpracy z panią ekspert". Forum zostanie zarchiwizowane - potężna dawka wiedzy, którą udało się tam zgromadzić, trafi na e-półkę. Wielka szkoda.

Wielka szkoda, że patronowi / sponsorowi forum - Kimberly-Clark, producentowi Huggies - zabrakło woli kontynuacji. Że zabrakło dalekowzrocznej odpowiedzialności za stworzoną jakość. Za tysiące kobiet, które zaufały marce i jej aurze, w którą wpisane były całościowa opieka nad ciężarną, rzetelna i pełna informacja, konsultacje dla zdrowia małego dziecka. Wszystko to zaprzepaszczono.

Zamiast tego, producent zachęca do odwiedzania swoich własnychy blogów poświęconych ... pieluszkom.

Gazeta.pl nie zadbała o sukcesję i podtrzymanie przy życiu fajnego, wartościowego forum eksperckiego.

Szkoda, że kolejny raz udane przedsięwzięcie zostało tak beztrosko zarzucone, a wszystko odbyło się ze złamaniem reguł komunikacji. Można przypuszczać, że case tego forum będzie świetnym przykładem tego, jak NIE komunikować, jak prowokować sytuacje kryzysowe, jak ignorować e-społeczności i lekceważyć e-marketing. Szkoda.

11:58, czula_b
Link Komentarze (2) »
środa, 10 lutego 2010
poniedziałek, 08 lutego 2010

Przypomina mi się męski punkt widzenia - kilka lat temu A. zapowiedział, że jeśli jego przyszła żona będzie w ciąży, to w życiu nie pozwoli jej na poród siłami natury, żeby "nie zrobić z niej kaleki", bo ciało się przecież bardzo zmienia.

Teraz, z brzuchatej perspektywy myślę sobie, że faceci to w ogóle nie mają pojęcia, ile kobieta gotowa jest znieść, żeby donosić ciążę.

Na szczęście (odpukać) omijają mnie jakieś poważne dolegliwości ciążowe i nie trzeba się hospitalizować ani nic, ale i tak jest to ciężkie i wyczerpujące przedsięwzięcie. Ani razu jednak nie pomyślałam, że nie chcę Juniora, bo np. stracę resztki figury, biust może obwisnąć, cera się popsuć, rozstępy pojawić czy coś i że będę tego żałować. Jakoś nie będę.

Ciało jako naczynie dla Juniora jest mu przeznaczone i koniec. I Junior na nim żeruje, na maksa je rabuje i wykorzystuje, no ale to nie jego wina przecież.

Choć powiem szczerze, że miałam cichą nadzieję, że niedogodności będą takie w miarę do przeżycia i ograniczą się do większego obwodu w pasie. Tymczasem Junior jest tak wielki i zajmuje tyle miejsca, że rozsadza nie tylko okolice brzucha, ale i klatki piersiowej.

Nie, nie - nie chodzi o to, że rośnie biust. Ten niestety nie urósł ani odrobinę. Za to napręża się i rozciąga klatka piersiowa, co boli jak diabli. Ostry ból chwyta całkiem znienacka, np. przy próbie wyjścia z samochodu. Nie da się ruszyć z fotela, zgiąć, odgiąć, zrobić kroku, bo rwie i pali. Nie da się siedzieć - nawet w komfortowym kinowym fotelu - bo boli. Nie da się zjeść obiadu / wypić kawy w lokalu, bo pozycja pionowa nie wchodzi w grę. Nie da się spać, bo boli. Cholera, nic się nie da.

Pocieszam się jedynie, że po pierwsze, tak się zdarza, a po drugie, przechodzi. Wątek bólu żebrowego poruszany był zresztą nie raz na forach, np. tutaj czy tutaj. I te żebra są w sumie najgorsze ze wszystkiego, zupełnie jak w teledysku REM :(

No ale znoszę to cierpliwie, bo i co mam zrobić? Faceci mogą sobie tylko wyobrazić, jakie to poświęcenie oddać tak komuś (obcemu!) swoje ciało w całkowite władanie.

Czasem jednak starają się empatycznie współodczuwać. Ostatnio, na zjeździe dr, gdzie było strasznie gorąco, a ja stanęłam przy otwartym oknie, żeby nie zemdleć, profesor zakrzyknął do mnie przy pełnej sali:

- Ależ droga pani, niechże pani zamknie to okno! Syna pani przeziębi!

A wkrótce potem M. zrobił w domu smutną minę podczas prób całowania się (no spróbujcie się całować z zadyszką, krótkim oddechem, anemią, bolącymi żebrami i wielkim brzuchem utrudniajacym oddychanie):

- Kochanie, ja nie mogę na to patrzeć po prostu. Że ty się tak męczysz. Że ty jesteś taka ... biedna, taka ... w ciąży.

 

12:08, czula_b
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 lutego 2010

Czego można nauczyć się w szkole rodzenia? Jakie wnioski płyną z zajęć z ekspertami?

Oto wyciąg z naszych notatek:

Zajęcia z lekarzem pediatrą. Dziecko po narodzinach będzie zbadane na podgrzewaczu, bo w sali porodowej jest ca. 12 stopni zimniej, niż w brzuchu. Potem zrobi kupę. Słowo "kupa" padło kilkanaście razy w ciagu godziny - oswajamy się, że dziecko będzie śmierdząco-brudzące, a nie jak z reklamy.

Zajęcia z położną. Do szpitala jechać dopiero wtedy, kiedy skurcze trwają 2-3 godziny i nie mijają mimo nospy / prysznica / modlitwy / innych zaklęć. Poród to impreza na kilkanaście godzin. Nacięcie w czasie porodu nie boli wcale. Za to gojenie się rany po nacięciu boli jak diabli.

Zajęcia z psychologiem. Depresja poporodowa  to bardzo rzadkie zjawisko. Tymczasem zwykły baby blues dotyka nawet 80% kobiet, więc lepiej się z tym oswoić. To uwaga głównie do panów. Miny niewyraźne.

Pogadanka o kąpieli. Nie musimy kąpać codziennie, bo dzieci są czyste z natury. Nie wolno zostawić dziecka samego w wanience, bo się utopi. Po kąpieli ubieramy dzieciaka w czapkę. O szaliku nie mówili, więc chyba nie.

Pogadanka o karmieniu. Dziecko może chcieć jeść co 3 godziny. Bez wyjątku - w nocy też, nie ma zmiłuj. Pamiętać, by własną piersią dziecko karmić, a nie dusić - trzeba zapewnić dostęp powietrza, bo się zatka i udusi. Good news - mleko można mrozić na zapas :)

Pielęgnacja. Dziecko kicha, ale nie z kataru czy przeziębienia, tylko dla oczyszczenia dróg oddechowych. Podczas czynności pielęgnacyjnych dziecko płacze, ale z zimna, a nie z bólu, więc się nie przejmować, tylko pięlęgnować.

Poród. Tatuaż w okolicy krzyżowej jest przeciwskazaniem do znieczulenia. Dziecko urodzone 2 tygodnie przed terminem i po terminie to dziecko urodzone w terminie. Ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi akcja, zawsze trzeba nosić ze sobą dokumenty do szpitala. "Drogie panie, pamiętajcie, z książeczką ciąży jak z majtkami - bez nie wychodzić z domu".

Połóg. Przed każdym podejściem do dziecka umyć ręce. Najwięcej bakterii na świecie jest na klamkach. Laktacja rzecz kobieca, lepiej męża nie wtajemniczać, tym bardziej, że w niczym nie pomoże. Po cesarce odczekać 2 lata z kolejną ciążą. Po porodzie zezwolenie na seks da lekarz - to, że wcześniej nie trzeba było pytać nikogo o zgodę, dziś nie ma znaczenia.

Na koniec dostaliśmy certyfikat. Imienny, z datą, pieczątką, bardzo poważny taki.

Więc jeśli teraz ktoś (mama/teściowa, etc.) powie, że nie mamy racji, nie wiemy jak wychowywać dziecko, etc., to możemy się wykpić dokumentami. Mamy już papiery na to dziecko :) I jeśli przyjdą chwile zwątpienia - tzn. my będziemy wątpić w swoje kompetencje i powołanie do życia w rodzinie, to będziemy musieli spojrzeć na certyfikat. Póki co zaktualizujemy sobie profile na LinkedInie i Goldenlinie - mamy kolejny papier w CV!

 

22:53, czula_b
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 lutego 2010

Przełamałam wewnętrzny opór, przekroczyłam tabu i z bijącym sercem pozwoliłam googlowi na znalezienie interesujących mnie filmów. Wpisując hasła, czułam się tak grzesznie, jakbym szukała w sieci jakiegoś hard porno. Miałam wypieki, a serce biło 2 razy szybciej. Dwadzieścia parę lat uważałam, że nigdy, ale to nigdy nie będę chciała tego oglądać - podobnie jak filmu z egzekucji Saddama Husajna albo Daniela Pearla. Tabu to tabu.

Ale złamałam się i obejrzałam kilka filmowych relacji z porodu.

I co? I nic.

Nic takiego. Po pierwsze, na większości filmów nic nie widać, chyba były kręcone komórką, albo jest to jakaś kopia kopii. Po drugie, te sfilmowane porody są czyste - żadnej tam krwi czy innych paskudztw, po prostu pojawia się główka, tkwi w kadrze, a potem się wysuwa i za nią reszta dzieciaka. I już. Prawdopodobnie dźwięk jest dokręcany później, bo jakichś wrzasków strasznych nie słychać. Raczej to wszystko w miarę estetyczne i strawne.

Na jednym z filmów lekarz odbierający poród przyjmuje noworodka na ręce, podnosi go tak, by mogła zobaczyć go mama, przy czym chwyta małego za ręke i macha nią w stronę rodzącej - "Hello, mummy!" I to jest chyba bardziej szokujące, niż sam poród.

Na youtubie łatwo można znaleźć film "polski poród" / "poród w polsce", zrobiony w celach reklamowych przez jeden ze szpitali. Film jest długi, obrazowy - kobieta, która rodzi jest pokazana z profilu - widać jej nogę i bok. Jedyne, co zastanawia, to to, że na początku akcji położna mówi do rodzącej per pani, a potem już po imieniu, nie bawi się już w konwenanse, tylko: "przyj, przyj".

Najfajniejszy jest film, w którym widać kobietę w wannie (tak od stanika w górę ją widać), która sapie, sapie i nagle wyciąga z wanny dzieciaka. Bo się zdążył urodzić, zanim ta zdołała zejść do samochodu / pojechać do szpitala.

Dużo bardzo jest też filmów o porodach w wodzie, ale te sobie można darować, bo w polskich szpitalach rzadko są praktykowane. Choć ostatnio usłyszałam: "Poród w wodzie? Tak, tak, mamy taką usługę. W każdej chwili może pani iść wziąć prysznic."

No ale w wodzie, czy na lądzie jakieś strasznie szokujące czy okropne to to nie jest.

Celowo nie wklejam linków do tych filmów, bo jak ktoś woli nie patrzeć, nie wiedzieć, to po co mu to. A jak się któraś przełamie i odpali googla to zobaczy, że nie zemdleje.

Do mnie powoli dociera myśl o nieuchronności rozwiązania. Jeśli to przeżyję, będę mogła kiedyś opowiedzieć Juniorowi, skąd się wziął na świecie:

 

 

 

22:24, czula_b
Link Dodaj komentarz »
" />
Projekt Junior

Promote Your Page Too